Aktor, reżyser i pedagog przez niemal cztery dekady był związany z Białostockim Teatrem Lalek, ale dla szerokiej publiczności pozostał przede wszystkim komendantem Henrykiem Wołkołyckim z serii „U Pana Boga…”.
Zmarł po długiej chorobie. Informację potwierdził marszałek województwa podlaskiego Łukasz Prokorym.
Dla wielu widzów jego odejście będzie miało szczególny wymiar. Andrzej Beya-Zaborski należał bowiem do tych aktorów, którzy nie musieli pojawiać się na pierwszych stronach gazet, żeby zostać zapamiętanymi.
Wystarczała jedna dobrze zagrana scena, charakterystyczny głos, sposób patrzenia na drugiego człowieka.
W jego przypadku ogromną rolę odegrał Jacek Bromski, który obsadził go w roli komendanta policji w Królowym Moście.
Henryk Wołkołycki szybko stał się jednym z najbardziej lubianych bohaterów tej filmowej opowieści o Podlasiu.
A jednak droga Andrzeja Beya-Zaborskiego do aktorstwa wcale nie była oczywista. Urodził się 7 marca 1951 roku w Wałbrzychu, ale jego rodzinne korzenie prowadziły także na Podlasie.
W dzieciństwie mieszkał w Białymstoku, a jego młodość nie przypominała klasycznej historii przyszłego aktora.
Interesował się muzyką, grał na perkusji w zespołach jazzowych i rockowych, a zanim na dobre związał się ze sceną, próbował swoich sił również w zupełnie innych zajęciach.
Co ciekawe, aktorstwo pojawiło się w jego życiu trochę przypadkiem. To przyszła żona miała namówić go, by spróbował swoich sił w szkole teatralnej.
Beya-Zaborski wspominał później, że przeczytał ogłoszenie o naborze, a następnie zaczął przygotowywać się do egzaminów. To właśnie żona była jego pierwszą recenzentką.
Słuchała, jak mówił teksty, poprawiała go i nie zawsze zgadzała się z jego oceną własnych umiejętności. Kłócili się o to, jak powinien mówić wiersz, ale ostatecznie przyszły aktor dostał się do szkoły i ukończył ją z bardzo dobrym wynikiem.
W 1978 roku ukończył Wydział Sztuki Lalkarskiej PWST w Warszawie, filię w Białymstoku, i właśnie z tym miastem związał znaczną część swojego zawodowego życia. Przez lata pracował w Białostockim Teatrze Lalek, gdzie nie tylko występował, ale również reżyserował.
Z czasem został także pedagogiem i przez dziesięciolecia przekazywał młodym aktorom doświadczenie, które sam zdobywał na scenie.
Film przyniósł mu jednak zupełnie inną rozpoznawalność. Widzowie mogli oglądać go między innymi w „Dniu świra”, „Weselu”, „Róży”, „Kruk.
Szepty słychać po zmroku” czy „Wielkiej wodzie”. W jego dorobku znalazły się także role w produkcjach Jacka Bromskiego.
Jednak to komendant z „U Pana Boga za piecem” sprawił, że nazwisko Beya-Zaborskiego zaczęło być kojarzone z nim przez ludzi, którzy być może wcześniej nie śledzili jego teatralnej pracy.
Sam aktor nie ukrywał, że ta postać była mu wyjątkowo bliska. W jednym z wywiadów przyznał, że kiedy przeczytał scenariusz, nie miał większych problemów z odnalezieniem komendanta w sobie.
Henryk Wołkołycki nie był dla niego kimś całkowicie obcym, lecz postacią, którą potrafił zbudować w sposób bardzo naturalny.
Paradoksalnie przy kolejnej części filmu po kilku latach powrót do tej roli nie okazał się już taki łatwy. Potrzebował czasu, żeby ponownie wejść w jej rytm.
Pod spokojnym, często humorystycznym wizerunkiem kryła się jednak historia człowieka, który przez lata mierzył się z poważnymi problemami zdrowotnymi.
Beya-Zaborski otwarcie mówił o tym podczas spotkań z publicznością. Wspominał między innymi o przebytych zawałach, problemach z wątrobą, boreliozie, a także o chorobie nowotworowej. Nie opowiadał o tym jednak jak człowiek, który chce wzbudzać litość.
Charakterystyczny dla niego był raczej dystans i poczucie humoru, dzięki któremu nawet trudne doświadczenia potrafił opowiadać po swojemu.
Ważne miejsce w jego życiu zajmowała rodzina. Z żoną był związany przez niemal pół wieku.
W jednym ze wspomnień mówił o ich małżeństwie z właściwym sobie poczuciem humoru, przyznając, że przez lata zdarzały im się kłótnie i rozstania „na próbę”, ale mimo wszystko zawsze wracali do siebie.
Podkreślał również, że żona, która nie była aktorką, stanowiła dla niego ostoję domu. Mieli dwoje dzieci – syna, który został prawnikiem, oraz córkę Alicję, która poszła śladami ojca i została aktorką. Doczekał się także trojga wnucząt.
Jego życie zawodowe nie skończyło się wraz z rolą, która przyniosła mu największą popularność. Jeszcze w ostatnich latach pojawiał się przed kamerą.
W 2024 roku zagrał w filmie „U Pana Boga w Królowym Moście”, a rok później powrócił do tej samej postaci w serialowej kontynuacji.
Oficjalna filmografia odnotowuje również jego role w „Wielkiej wodzie”, „Czarnej damie”, „Kruku” oraz innych produkcjach.
Był aktorem, który potrafił przejść od teatru lalek do kina, od sceny do telewizji, od komedii do znacznie poważniejszych ról.
Nie potrzebował jednak zmieniać się w celebrytę. Przez lata pozostał przede wszystkim człowiekiem teatru, związanym z Białymstokiem i
Podlasiem.
To tam zbudował swoją najważniejszą zawodową historię, tam pracował jako aktor, reżyser i nauczyciel kolejnych pokoleń.
Dzisiaj, gdy wiadomość o jego śmierci obiegła Polskę, wielu widzów przypomni sobie zapewne właśnie komendanta Henryka.
Tego spokojnego, nieco swojskiego policjanta z Królowego Mostu, który stał się jednym z symboli świata stworzonego przez Jacka Bromskiego.
Ale za tą jedną rolą pozostaje znacznie większy dorobek: dziesięciolecia na scenie, praca reżyserska, działalność pedagogiczna, dziesiątki ról filmowych i teatralnych oraz rodzina, która była dla niego równie ważna jak zawód.
Andrzej Beya-Zaborski miał 75 lat. Odszedł po długiej chorobie, pozostawiając po sobie postaci, do których widzowie będą mogli wracać zawsze wtedy, gdy ponownie włączą „U Pana Boga…”.
Nie żyje Andrzej Beya-Zaborski. Wybitny aktor, reżyser i pedagog, przez niemal 40 lat związany z Białostockim Teatrem Lalek. Zmarł w wieku 75 lat po długiej chorobie — napisał na Facebooku Łukasz Prokorym.
I chyba właśnie to jest jedna z najważniejszych rzeczy, jakie może otrzymać aktor – pewność, że jego głos, twarz i sposób opowiadania historii pozostaną z publicznością długo po tym, gdy zgaśnie światło na scenie.
Joanna Racewicz przez lata przyzwyczaiła swoich odbiorców do tego, że o najważniejszych sprawach mówi ostrożnie.…
Anna Dymna od ponad pięciu dekad jest obecna na scenie i ekranie, dlatego jej twarz…
Przez lata Elżbieta Romanowska była dla widzów przede wszystkim Jolą Pietrek — energiczną, charakterystyczną bohaterką…
Powrót Michała Wiśniewskiego i Marty „Mandaryny” Wiśniewskiej stał się jedną z najbardziej niespodziewanych historii polskiego…
Przez lata jej głos był częścią codzienności milionów Polaków. Krystyna Loska nie potrzebowała wielkich gestów…
Przez długi czas Pola Wiśniewska kojarzyła się przede wszystkim z Michałem Wiśniewskim. Kiedy pojawiła się…