Były czasy, kiedy w polskich domach niedzielny wieczór wyglądał niemal identycznie. Herbata w szklankach, przyciszony gwar rozmów i charakterystyczny głos Stanisława Janickiego, który zapraszał widzów do świata dawnego kina.
Nie trzeba było efektów specjalnych ani głośnych zapowiedzi. Wystarczała jego spokojna narracja i atmosfera, której dziś właściwie już nie ma.
Przez ponad 30 lat był twarzą programu „W starym kinie” — jednego z najbardziej kultowych formatów w historii Telewizji Polskiej.
Dla starszych widzów Janicki stał się kimś więcej niż prowadzącym.
Był przewodnikiem po świecie przedwojennego kina, hollywoodzkich klasyków i dawnych gwiazd, o których potrafił opowiadać godzinami.
Miał w sobie coś z człowieka z innej epoki. Elegancki, spokojny, zawsze perfekcyjnie przygotowany. Nie próbował nikogo przekrzyczeć ani szokować. W czasach coraz szybszej telewizji pozostawał wierny stylowi, który dla wielu ludzi był symbolem klasy i inteligencji.
Urodził się w 1933 roku i należał do pokolenia, które pamiętało jeszcze świat sprzed wojny. Być może właśnie dlatego tak dobrze rozumiał klimat dawnych filmów i potrafił opowiadać o nich z prawdziwą pasją.
Nie mówił o kinie jak krytyk odklepujący fakty. Raczej jak ktoś, kto naprawdę kochał tamtą epokę.
„W starym kinie” wystartowało w latach 60. i szybko stało się fenomenem. Dla wielu Polaków był to jedyny kontakt z klasycznym światowym kinem.
Janicki prezentował filmy z czasów, kiedy na ekranie błyszczeli Humphrey Bogart, Greta Garbo czy Charlie Chaplin.
Ale równie ważne były jego opowieści — pełne anegdot, wspomnień i atmosfery dawnych lat. Widzowie ufali mu bezgranicznie.
Nie potrzebował medialnych skandali ani celebryckiego rozgłosu. Prywatność chronił bardzo mocno i właściwie nigdy nie stał się typową postacią show-biznesu. Znacznie ważniejsze było dla niego kino, historia filmu i kontakt z widzem.
W ostatnich latach coraz rzadziej pojawiał się publicznie. Dla wielu osób był już symbolem telewizji, która praktycznie przestała istnieć — spokojniejszej, bardziej nostalgicznej i mniej agresywnej niż współczesne media.
Dlatego wiadomość o jego śmierci poruszyła tak wielu ludzi.
Bo razem ze Stanisławem Janickim odchodzi nie tylko znany prezenter. Kończy się także pewna epoka — czas, kiedy telewizja potrafiła zatrzymać widza na dwie godziny czarno-białym filmem i spokojnym głosem człowieka, który naprawdę kochał kino.
Dziś takich ludzi już prawie nie ma.




