Daniel Olbrychski od dekad należy do aktorów, których nazwisko samo w sobie jest częścią historii polskiego kina.
Dlatego kiedy zabiera głos na temat młodego pokolenia, jego słowa natychmiast zwracają uwagę.
Tym razem mówił o Helenie Englert, córce Jana Englerta i Beaty Ścibakówny. Nie próbował być dyplomatyczny ani uciekać w ogólniki.
W rozmowie z „Plotkiem” powiedział wprost, że uważa ją za wyjątkowo zdolną aktorkę, a jej słynne nazwisko wcale nie musi być przepustką do kariery. Jego zdaniem może być również ciężarem, bo wraz z nim przychodzą porównania, oczekiwania i krytyka.
Olbrychski zna rodzinę Englertów od lat. Z Janem Englertem łączy go przyjaźń i wspólna praca artystyczna. W 2026 roku obaj występują nawet razem w spektaklu „Żar” Christophera Hamptona w Teatrze Polonia.
Nic więc dziwnego, że aktor zna Helenę od czasu, gdy była jeszcze dziewczynką. Jak przyznał, już wiele lat temu mówił jej rodzicom, że widzi w niej ogromny talent.
Dziś, kiedy Helena ma 26 lat i sama coraz mocniej zaznacza swoją obecność w branży, Olbrychski podtrzymuje tamtą opinię.
Jego słowa padły w szczególnym momencie. Helena Englert od początku kariery musi mierzyć się z pytaniem, ile zawdzięcza własnym umiejętnościom, a ile temu, że urodziła się w rodzinie, w której aktorstwo było obecne od pokoleń.
Jan Englert to jeden z najważniejszych polskich aktorów teatralnych i filmowych, przez lata związany także z kierownictwem Teatru Narodowego.
Beata Ścibakówna ma za sobą rozbudowaną karierę teatralną, filmową i telewizyjną. Ich córka dorastała więc w środowisku, do którego większość młodych ludzi próbuje dostać się dopiero po wielu latach nauki.
Sama Helena nigdy nie udawała, że znane nazwisko nie ma znaczenia. Wręcz przeciwnie. W rozmowie z „Glamour” mówiła otwarcie, że jest świadoma przywileju wynikającego z rodzinnego pochodzenia, ale nie chce korzystać z niego ponad to, co już samo w sobie daje jej nazwisko.
Podkreślała również, że chce zapracować na własną pozycję. To ważny element jej historii, bo młoda aktorka od początku kariery znajduje się w sytuacji, w której każdy sukces może zostać przypisany rodzicom, a każda porażka — potraktowana jako dowód, że nie sprostała rodzinnemu nazwisku.
Jej droga do aktorstwa nie była jednak tak oczywista, jak można by sądzić. Helena przez długi czas myślała o projektowaniu mody.
Marzyła nawet o nauce w londyńskiej Central Saint Martins. Ostatecznie zrezygnowała z tego pomysłu, między innymi dlatego, że nie lubiła szycia i nie odpowiadała jej specyfika tej pracy.
Aktorstwo pojawiło się więc jako wybór, który dojrzewał stopniowo, mimo że od dziecka słyszała pytania o to, czy pójdzie śladami rodziców.
Przed kamerą pojawiła się jeszcze jako dziecko. Jej właściwym debiutem ekranowym był „Układ zamknięty” Ryszarda Bugajskiego, w którym wystąpiła u boku swojej mamy.
Helena miała wtedy kilkanaście lat. Wcześniej pojawiła się również jako dziecko w „Superprodukcji”, ale dopiero praca przy filmie Bugajskiego pozwoliła jej naprawdę przekonać się, jak wygląda aktorstwo od środka.
W archiwalnej rozmowie z „Vivą!” wspominała, że obecność kamer, charakteryzacja i cała atmosfera planu były dla niej dużym przeżyciem.
Później przyszły kolejne role. Helena pojawiła się między innymi w „Diagnozie”, „Barwach szczęścia”, „Znakach”, „Pokusie” oraz serialu HBO „#BringBackAlice”, w którym otrzymała jedną z głównych ról. Właśnie ten ostatni projekt był dla niej szczególnie ważny.
Sama mówiła, że podczas pracy nad nim zaczęła stopniowo czuć się aktorką, a nie tylko młodą osobą uczącą się zawodu.
Nie ograniczała przy tym swojej edukacji do rodzinnego środowiska. W 2019 roku wyjechała do Nowego Jorku i rozpoczęła naukę w Tisch School of the Arts. Później wróciła do Polski, a jej edukacja artystyczna była kontynuowana w Akademii Teatralnej w Warszawie.
Jan Englert wspominał, że decyzja córki o wyjeździe i samodzielnym kształceniu się za granicą była dla niego ważna. Według jego relacji Helena nie chciała, by ktokolwiek uważał, że ojciec załatwił jej miejsce w szkole teatralnej.
Relacja Heleny z rodzicami od dawna jest jednak bardziej złożona niż prosty obraz „córki dwóch aktorów”. Beata Ścibakówna mówiła, że z córką łączy ją bardzo bliska więź i że stara się być dla niej również przyjaciółką.
Jan Englert opisywał natomiast swoją rolę nieco inaczej — jako ojciec pozostaje dla Heleny przede wszystkim autorytetem.
Sama aktorka od początku kariery starała się przy tym wyznaczać granicę między własnym życiem a historią rodziców.
W jednym z wywiadów przyznała nawet, że świadomie unika odpowiadania na część pytań dotyczących rodziców. Chciała w ten sposób budować własną autonomię.
Nie chodziło o odcinanie się od rodziny, lecz o próbę stworzenia przestrzeni, w której jej praca będzie oceniana jako jej własna. To szczególnie trudne w zawodzie, w którym nazwisko Englert jest dla widzów natychmiast rozpoznawalne.
W ostatnich tygodniach Helena ponownie znalazła się w centrum zainteresowania za sprawą „Tańca z gwiazdami”.
W parze z Romanem Osadchym wystąpiła między innymi w czwartym odcinku programu. Za cha-chę otrzymali 35 punktów od jurorów, a w głosowaniu widzów Helena zajęła wówczas pierwsze miejsce.
Później zatańczyła również do „Sing Sing” Maryli Rodowicz — właśnie ten występ szczególnie spodobał się Olbrychskiemu.
Aktor powiedział, że po programie osobiście przekazał jej, że była „rewelacyjna”, a później — jak stwierdził — jej kolejny występ tylko utwierdził go w tym przekonaniu.
I właśnie wtedy padły najmocniejsze słowa. Olbrychski powiedział, że Helena jest „wybitnie zdolną młodą dziewczyną”, a następnie określił ją jako jedną z najwybitniejszych aktorek europejskich swojego pokolenia.
To oczywiście jego osobista ocena artystyczna, a nie obiektywny tytuł czy oficjalne wyróżnienie. Wypowiedź ma jednak znaczenie, bo pochodzi od aktora, który sam od ponad sześciu dekad pracuje na scenie i przed kamerą.
Olbrychski nie zatrzymał się zresztą na pochwałach. Zapytany o to, czy dzieci znanych aktorów mają łatwiejszą drogę, odpowiedział, że w przypadku Heleny widzi raczej drugą stronę medalu.
Jego zdaniem rodzinne nazwisko podnosi poprzeczkę i sprawia, że młoda aktorka od początku jest porównywana z rodzicami. Wskazał również na krytyczne komentarze, z którymi Helena mierzy się w internecie.
„Zdecydowanie [tych komentarzy jest mniej] i bardzo chcę wam podziękować, wszystkim, którzy głosują, piszą miłe rzeczy i nas obserwują. To dla nas znaczy bardzo wiele. Chce nam się tańczyć dla was dalej. Jak najdłużej oby” – mówiła.
To właśnie z krytyką Helena od dawna ma najbardziej skomplikowaną relację. W rozmowie z „Glamour” mówiła o presji związanej z zawodem i o tym, że aktorstwo jest pracą pełną niepewności.
Przyznawała, że potrafi stresować się tym, czy będzie miała kolejne projekty. Jednocześnie nie chciała przedstawiać się jako osoba pozbawiona przywilejów.
Wręcz przeciwnie — mówiła o nich wprost, ale jednocześnie podkreślała potrzebę samodzielnego budowania własnej pozycji.
Jej życie prywatne pozostaje znacznie mniej obecne w mediach niż kariera. Helena nie należy do osób, które regularnie opowiadają o swoich związkach czy codzienności.
Znacznie chętniej mówi o pracy, nauce i projektach artystycznych. W publicznych wypowiedziach często wraca natomiast do relacji z rodzicami i do tego, jak dorastanie w aktorskiej rodzinie wpłynęło na jej spojrzenie na zawód.
Jan Englert i Beata Ścibakówna przez lata obserwowali więc, jak ich córka z dziecka pojawiającego się czasem na planie staje się dorosłą aktorką.
Dla nich Helena zawsze pozostanie córką, ale dla widzów coraz częściej staje się po prostu Heleną Englert — aktorką mającą własne role, własne decyzje i własne artystyczne ambicje.
Daniel Olbrychski zna tę rodzinę od dawna, dlatego jego słowa mają również osobisty kontekst. Nie jest przypadkowym obserwatorem, który zobaczył Helenę kilka razy na ekranie.
„Nie, odwrotnie! Odwrotnie, bo raz, że poprzeczka jest postawiona wysoko, a dwa, to przecież Helenkę Englert spotyka rodzaj (…) [krytyki – przyp. red.] również, czego dowiedziałem się nie tylko od jej rodziców, ale co widać również w internecie. To nazwisko pomaga jej? Nie, nazwisko jest tu przeszkodą”.
Zna Jana Englerta, zna Beatę Ścibakównę i pamięta Helenę jeszcze z czasów, gdy dopiero zaczynała swoją drogę.
Tym bardziej znaczące jest to, że dziś mówi o niej nie tylko jako o córce swoich przyjaciół, ale jako o młodej artystce, której talent dostrzega niezależnie od rodzinnego nazwiska.
Historia Heleny wciąż jest zresztą dopiero pisana. Ma za sobą dziecięcy debiut, ważne role filmowe i serialowe, naukę w Nowym Jorku, powrót do Polski, kolejne doświadczenia przed kamerą, a teraz również udział w jednym z najpopularniejszych programów rozrywkowych.
Jednocześnie nadal musi odpowiadać na pytanie, które pojawia się przy niej niemal automatycznie: czy nazwisko Englert pomaga, czy przeszkadza.
„Helenka – co już wiele lat temu powiedziałem jej rodzicom, z którymi się przyjaźnię – jest wybitnie zdolną młodą dziewczyną. W tej chwili mogę śmiało powiedzieć, że jest jedną z najwybitniejszych aktorek europejskich swojego pokolenia, a w tej chwili, w 'Tańcu z gwiazdami’ jest rewelacyjna zupełnie, co jej powiedziałem poprzedniej niedzieli. Potem to potwierdziła – zatańczyła do 'Sing sing’, piosenki Maryli Rodowicz, rewelacyjnie! Trzymam za nią kciuki” – podsumował.
Ona sama już dawno znalazła na to własną odpowiedź. Nie udaje, że rodzinne nazwisko nie daje jej rozpoznawalności. Ale też nie chce, by było jedynym wyjaśnieniem jej obecności w zawodzie.
Daniel Olbrychski spojrzał na tę historię z jeszcze innej perspektywy i powiedział jasno, że jego zdaniem Helena ma talent, który można oceniać niezależnie od tego, kim są jej rodzice.
A dalsza część tej historii należy już do niej — i to ona będzie musiała napisać ją kolejnymi rolami.





