Anna Dymna przez lata nazywała Jana Frycza swoim bratem. Nie chodziło oczywiście o więzy krwi, lecz o tę szczególną bliskość, która rodzi się między ludźmi po wielu latach wspólnej pracy, prób, premier i rozmów prowadzonych czasem długo po zejściu ze sceny.
Po śmierci aktora wróciła pamięcią do ich wspólnej przeszłości, a szczególnie do ostatniego spotkania i rozmowy, która dziś nabiera zupełnie innego znaczenia.
Jan Frycz należał do pokolenia aktorów, dla których teatr był miejscem prawdziwego spotkania z drugim człowiekiem. Nie potrzebował efektownych gestów.
Wystarczyła jego obecność, charakterystyczny głos i sposób, w jaki potrafił jednym spojrzeniem zmienić atmosferę całej sceny.
Przez lata pracy stworzył dziesiątki ról teatralnych, filmowych i telewizyjnych, ale dla ludzi, którzy znali go bliżej, był kimś więcej niż nazwiskiem z afisza.
Anna Dymna znała go właśnie z tej strony. Ich relacja przez lata nabierała coraz większej siły.
Wspólna praca sprawiła, że z czasem przestali być po prostu aktorami spotykającymi się na scenie. Dymna mówiła o Fryczu jak o bracie. To określenie nie było przypadkowe.
W świecie teatru, gdzie ludzie potrafią spędzać ze sobą długie miesiące podczas prób i przedstawień, rodzą się więzi, których nie da się opisać zwykłym słowem „kolega”.
Frycz był człowiekiem o bardzo mocnej osobowości. Na scenie potrafił być bezkompromisowy, intensywny, czasami nieprzewidywalny.

Jednocześnie osoby, które pracowały z nim przez lata, pamiętają jego poczucie humoru i dystans. Dymna szczególnie zapamiętała jego stosunek do aktorstwa.
Ja nie mogę nic powiedzieć, bo jak umiera taki brat, to… To jest straszliwie okrutny upływ czasu. Odchodzą ludzie, którzy są świadkami mojego dzieciństwa, z którymi przeżywaliśmy różne wspaniałe rzeczy. Zawsze z takim człowiekiem odchodzi też kawałek mnie. – opowiedziała Dymna.
Kiedy wychodził na scenę, potrafił całkowicie zanurzyć się w roli. Nie było wtedy znaczenia, co działo się poza teatrem.
To właśnie tę jego beztroskę na scenie wspominała po jego odejściu. Człowiek, który prywatnie mógł zmagać się z trudnościami, po przekroczeniu teatralnej granicy potrafił wejść w zupełnie inny świat.
Miesiąc temu spotkałam jego córkę Gabrysię. Mówiła, że Janek jest bardzo chory. Wiedziałam, że jest chory – kontynuowała.
Dla widza pozostawał bohaterem przedstawienia. Dla kolegów był Janem, którego znali od lat.
Z czasem jego zdrowie zaczęło jednak coraz bardziej ograniczać możliwości pracy. Dla środowiska teatralnego nie było łatwo patrzeć, jak człowiek, który przez dekady był pełen energii, musi mierzyć się z chorobą.

Frycz nie chciał jednak, aby jego życie zostało sprowadzone wyłącznie do problemów zdrowotnych. Aktorzy, którzy go znali, pamiętają przede wszystkim człowieka z ogromnym dorobkiem i charakterem.
Anna Dymna wspominała również ich ostatnią rozmowę. Dziś właśnie takie zwyczajne chwile mają największą wagę. Kiedy ludzie żegnają kogoś bliskiego, często nie pamiętają wielkich wydarzeń.
Wracają do drobnych szczegółów: tonu głosu, jednego zdania, spojrzenia, żartu. Do rozmowy, która w tamtym momencie wydawała się jedną z wielu, a po latach okazuje się ostatnią.
Dla Dymnej ta rozmowa musiała mieć szczególny ciężar. Wiedziała, że Frycz ciężko chorował, ale jak trudno jest uwierzyć, że człowiek, z którym jeszcze niedawno można było rozmawiać, którego można było spotkać za kulisami, nagle znika na zawsze.

Ich historia zaczęła się wiele lat wcześniej. Oboje należeli do krakowskiego środowiska artystycznego i przez lata spotykali się przy kolejnych teatralnych przedsięwzięciach.
Dymna sama jest jedną z najważniejszych postaci polskiego teatru i filmu. Zagrała setki ról, pracowała z najwybitniejszymi twórcami, a jednocześnie od lat angażuje się w działalność społeczną i prowadzi Fundację Anny Dymnej „Mimo Wszystko”.
Frycz był natomiast jednym z tych aktorów, którzy swoją karierę budowali przede wszystkim na sile warsztatu.
Ich drogi zawodowe wielokrotnie się przecinały. Z czasem pojawiło się coś, czego nie można zaplanować ani wyreżyserować — przyjaźń.
Dymna nie ukrywała, że śmierć Frycza jest dla niej osobistym ciosem. W jej wspomnieniach nie ma jednak wyłącznie smutku. Jest także wdzięczność za lata, kiedy mogli być obok siebie. Za przedstawienia, rozmowy, żarty i chwile, których nie zabierze nawet upływ czasu.
Jan Frycz pozostawił po sobie również rodzinę. Był ojcem sześciorga dzieci, a jedną z jego córek jest aktorka Olga Frycz. Jego życie prywatne, podobnie jak zawodowe, nie zawsze było proste. Był trzykrotnie żonaty, a rodzinne relacje przechodziły przez różne etapy.
Jednak dla osób, które znały go od strony prywatnej, te skomplikowane fragmenty życia nie przesłaniały człowieka, którego znali.
Dziś mówi się przede wszystkim o jego dorobku. O rolach, które pozostaną w polskiej kulturze. O charakterystycznym głosie, mocnej osobowości i niezwykłej umiejętności budowania postaci.
Ale wspomnienie Anny Dymnej pokazuje jeszcze jedną rzecz — za wybitnym aktorem zawsze stał po prostu człowiek.
Człowiek, który miał swoich bliskich, przyjaciół, rodzinę, swoje słabości i chwile szczęścia. Człowiek, którego ktoś mógł nazwać bratem.
I chyba właśnie dlatego słowa Anny Dymnej wybrzmiewają tak mocno. Nie wspominała legendy polskiego teatru. Wspominała Jana. Przyjaciela, z którym przeżyła kawał życia.
Niedawno rozmawialiśmy jeszcze o roli w teatrze. Radził się, czy ją przyjąć, czy nie. Wyglądał, jakby miał żyć jeszcze sto lat – dodała.
A ostatnia rozmowa, choć wtedy zapewne wydawała się zwyczajna, została w pamięci na zawsze. Bo w teatrze wszystko kiedyś się kończy: przedstawienie, światła, oklaski. Tylko wspomnienia ludzi, których naprawdę pokochaliśmy, nie mają ostatniego aktu.

