Andrzej Grabowski, który przyjaźnił się z Janem Fryczem, ujawnił nowe fakty dotyczące odejścia swojego przyjaciela. Dzień wcześniej rozmawiali przez telefon

Jeszcze dzień wcześniej rozmawiali przez telefon. Była zwyczajna rozmowa dwóch ludzi, którzy znali się od lat. Nikt nie przypuszczał, że będzie to ich ostatni kontakt.

Andrzej Grabowski po śmierci Jana Frycza wrócił pamięcią do tej rozmowy i zdradził szczegóły, które sprawiły, że wiadomość o odejściu przyjaciela stała się dla niego jeszcze trudniejsza do przyjęcia.

Jan Frycz zmarł w wieku 72 lat. Jego odejście poruszyło środowisko aktorskie, bo był jednym z tych artystów, których trudno zastąpić.

Nie potrzebował skandali ani nieustannej obecności w mediach. Wystarczała mu scena i kamera. Potrafił stworzyć postać jednym spojrzeniem, charakterystycznym głosem czy krótkim gestem.

Przez lata występował w teatrze, filmie i telewizji, zostawiając po sobie role, które na długo zapisały się w pamięci widzów.

Dla Andrzeja Grabowskiego Frycz był jednak kimś więcej niż cenionym aktorem. Łączyła ich wieloletnia znajomość i przyjaźń.

Obaj należeli do tego samego pokolenia artystów, którzy swoje zawodowe życie budowali przede wszystkim na scenie. Znali realia tego zawodu, jego blaski, ale również chwile, kiedy popularność przestawała mieć znaczenie.

Dlatego wiadomość o śmierci Frycza była dla Grabowskiego szczególnie bolesna. Jak opowiedział, jeszcze dzień przed odejściem przyjaciela rozmawiali przez telefon.

Nic nie wskazywało na to, że będzie to ich ostatnia rozmowa. W takich chwilach właśnie zwyczajne szczegóły zostają w pamięci najmocniej.

Nie wielkie słowa, nie uroczyste pożegnania, lecz krótka rozmowa, po której człowiek odkłada telefon, przekonany, że jeszcze nieraz usłyszy znajomy głos.

Frycz w ostatnich miesiącach zmagał się z problemami zdrowotnymi. Jego stan sprawił, że coraz rzadziej pojawiał się publicznie.

Mimo to dla wielu znajomych wciąż był przede wszystkim człowiekiem, którego znali przez lata — aktorem z ogromnym poczuciem własnej wartości zawodowej, ale również osobą o bardzo wyrazistym charakterze.

Grabowski nie ukrywał, że śmierć kolegi była dla niego szokiem. Szczególnie że jeszcze chwilę wcześniej mieli ze sobą kontakt. Ta informacja rzuca inne światło na ostatnie dni Frycza.

„To, że był wybitnym aktorem, naprawdę wybitnym – rzadko zdarza się tak wielki aktor – powiemy wszyscy, ale nie wszyscy wiedzą, że był też wyjątkowym człowiekiem. Pozostawił po sobie tyle wspaniałych ról, tyle wspaniałych wspomnień, tyle opowieści. Zawsze był temu zawodowi oddany, on potrafił analizować swoje role, przygotowania do roli, swoje sztuki” – wyznał Grabowski.

Nie były to dni spędzone w blasku kamer. Aktor coraz bardziej pozostawał poza medialnym światem, a jego życie koncentrowało się wokół najbliższych i spraw związanych ze zdrowiem.

Jan Frycz pozostawił po sobie także rodzinę, która od lat była dla niego ważną częścią życia. Był ojcem sześciorga dzieci. Dwie jego córki, Olga i Gabriela, poszły w ślady ojca i zostały aktorkami.

Olga Frycz zbudowała własną pozycję w polskim kinie i telewizji, natomiast Gabriela również rozwijała karierę artystyczną.

Ojciec i córki spotykali się więc nie tylko w domu, ale również w świecie, który wszyscy dobrze znali — świecie teatru, filmu i aktorstwa.

Frycz nie miał jednak życia pozbawionego trudnych momentów. W jego biografii były również rodzinne konflikty i relacje, które z czasem stały się bardziej skomplikowane.

O wielu sprawach nie mówił publicznie, pozostawiając prywatność przede wszystkim sobie i swoim bliskim.

Na scenie pozostawał natomiast niezwykle konsekwentny. W swojej karierze stworzył dziesiątki ról, a szczególne uznanie przyniosły mu kreacje ludzi niejednoznacznych, często mrocznych i trudnych do polubienia. Miał w sobie coś, co sprawiało, że nawet w niewielkiej roli potrafił przyciągnąć uwagę.

Widzowie pamiętają go między innymi ze „Ślepnąc od świateł”, „Procederu”, „Furiozy” czy wielu wcześniejszych produkcji filmowych i teatralnych.

Nie był aktorem jednej epoki. Potrafił odnaleźć się zarówno w kinie ambitnym, jak i popularnych produkcjach, nie tracąc przy tym własnego charakteru.

Andrzej Grabowski również należy do aktorów, którzy przez lata pracowali z Fryczem i doskonale wiedzieli, jak wymagający potrafił być ten zawód.

Ich przyjaźń nie opierała się na medialnych spotkaniach czy wspólnych zdjęciach. Była częścią życia, które toczyło się poza kamerami.

I właśnie dlatego słowa Grabowskiego mają dziś szczególną wagę. Ostatnia rozmowa dwóch przyjaciół nie wyglądała jak pożegnanie. Nie było świadomości, że czasu zostało tak niewiele. Była po prostu rozmowa — taka jak wiele wcześniejszych.

„Już od paru lat był ciężko chory, ale ile razy do niego dzwoniłem, on tym swoim tubalnym głosem sprawiał wrażenie absolutnie zdrowego człowieka. Jak się go pytałem: „Jak tam z leczeniem?”, mówił: „Wszystko dobrze”. No i lata” – wyjawił wzruszony Grabowski.

Jan Frycz odszedł, ale jego głos pozostał w filmach, spektaklach i wspomnieniach ludzi, którzy mieli okazję z nim pracować. Dla widzów był wybitnym aktorem.

Dla kolegów z branży — człowiekiem, z którym dzielili scenę, plany filmowe i całe zawodowe życie.

A dla Andrzeja Grabowskiego był przede wszystkim przyjacielem. I być może właśnie dlatego najtrudniejsze nie są dziś wielkie wspomnienia o jego karierze, lecz świadomość, że rozmowa sprzed zaledwie jednego dnia okazała się ich ostatnią.

Ujawniono przyczynę odejścia Jana Frycza. Teraz wiadomo, jak spędził ostatnie dni słynny aktor

Michał Wiśniewski jest obecnie na ustach wszystkich z powodu postępowania rozwodowego z Polą. Mimo to w jego życiu zabrakło ważnej dla niego osoby z rodziny

Anna Dymna, która uważała Jana Frycza za swojego brata, powróciła myślami do czasów, kiedy on beztrosko wychodził na scenę. Aktorka przypomniała sobie ich ostatnią