Jan Frycz należał do pokolenia aktorów, dla których teatr nie był tylko miejscem pracy. Był całym światem.
Przez lata spotykał na swojej drodze ludzi, z którymi dzielił scenę, próby, premiery i długie rozmowy o aktorstwie.
Jednym z nich był Jan Englert. Po śmierci Frycza aktor wrócił pamięcią do ich wspólnych doświadczeń i opowiedział o człowieku, który — jak podkreślał — miał wpływ nie tylko na scenę, ale także na ludzi wokół siebie.
Jan Frycz odszedł w wieku 72 lat. Jego śmierć zamknęła ważny rozdział polskiego aktorstwa. Przez niemal pięć dekad pozostawał obecny w teatrze, filmie i telewizji.
Nie należał do artystów, którzy zabiegali o popularność za wszelką cenę. To role miały mówić za niego.
Urodził się w Krakowie i właśnie tam rozpoczęła się jego droga artystyczna. W 1978 roku ukończył krakowską szkołę teatralną.
Niedługo później pojawił się na scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego. Później pracował między innymi w Starym Teatrze w Krakowie, Teatrze Polskim oraz Teatrze Narodowym w Warszawie.
W jego karierze nie brakowało spotkań z najwybitniejszymi twórcami polskiego teatru. Jednym z aktorów, którzy mieli okazję pracować z Fryczem przez lata, był właśnie Jan Englert.
Po wiadomości o śmierci kolegi Englert wspominał nie tylko jego zawodowy talent. W takich wspomnieniach szczególnie mocno wybrzmiewa to, czego nie da się zapisać w żadnej filmografii — sposób bycia człowieka, jego temperament, poczucie humoru i wpływ, jaki wywierał
na innych.
Frycz miał własny charakter. Nie był aktorem, którego łatwo było zaszufladkować. Potrafił być niezwykle powściągliwy, a chwilę później całkowicie przejąć uwagę publiczności.
Na scenie nie potrzebował nadmiernych gestów. Wystarczała mu obecność, głos i sposób, w jaki patrzył na partnera.
Englert znał go jednak również z zupełnie innej strony — tej, której widzowie nigdy nie mogli zobaczyć. Z prób, rozmów i codziennego życia teatralnego.
To właśnie dlatego jego wspomnienia mają szczególną wagę. Kiedy odchodzi ktoś, z kim spędziło się dziesiątki lat, trudno mówić o nim wyłącznie przez pryzmat nagród i najważniejszych ról.
Zostają drobiazgi. Sytuacje, które kiedyś wydawały się zwyczajne, a po latach nagle nabierają znaczenia.
Frycz pozostawił po sobie ogromny dorobek. Zagrał ponad sto ról filmowych i telewizyjnych, a na scenie stworzył ich jeszcze więcej.
Widzowie pamiętają go między innymi z „Pornografii”, „Pręgów”, „Różyczki”, „Tam i z powrotem” czy „Ślepnąc od świateł”.
Potrafił budować bohaterów niejednoznacznych — ludzi, w których trudno było znaleźć prosty podział na dobro i zło.
Za swoje role był wielokrotnie wyróżniany. Otrzymał między innymi trzy Polskie Nagrody Filmowe Orły za role drugoplanowe. Jednak nawet kolejne statuetki nie oddawały tego, co było w jego aktorstwie najważniejsze.
Miał charakterystyczny głos i niezwykłą umiejętność budowania napięcia. Czasami wystarczyło, że pojawił się w kadrze, aby scena
zaczynała żyć własnym rytmem.
Jego życie prywatne również nie było proste. Frycz był trzykrotnie żonaty i miał sześcioro dzieci. Jedną z jego córek jest aktorka Olga Frycz.
Ich relacja przez wiele lat była trudna, a rodzinne doświadczenia pozostawiły po obu stronach wiele emocji. Dopiero z czasem udało im się odbudować bliższą więź.
To także część historii Jana Frycza, której nie można pomijać, kiedy mówi się o człowieku stojącym za wielkimi rolami. Aktor, którego publiczność znała jako silną sceniczną osobowość, prywatnie mierzył się z własnymi błędami, decyzjami i konsekwencjami wyborów.
Jan Englert, wspominając Frycza, przywołał człowieka, którego znał przez lata. I chyba właśnie takie wspomnienia są najcenniejsze po śmierci artysty.
Nie te, które próbują stworzyć idealny portret, lecz te, które pokazują prawdziwego człowieka — z temperamentem, wadami, talentem i własnym sposobem patrzenia na świat.
Śmierć Jana Frycza to dla polskiego środowiska teatralnego coś więcej niż odejście kolejnego wybitnego aktora. Odeszła część pokolenia, które tworzyło polską scenę w czasach, gdy teatr miał zupełnie inną pozycję niż dziś.
Jan Englert należy do tych, którzy tę epokę pamiętają z pierwszej ręki. Pracowali razem, spotykali się na scenie i obserwowali, jak przez lata zmienia się polska kultura.
„Odszedł człowiek, który miał olbrzymi wpływ na polską kulturę, szczególnie teatralną, a także filmową. Człowiek, który miał osobowość. Tą osobowością (…) zmuszał do wysiłku wszystkich współtwórców” – mówił reżyser.
Dlatego jego wspomnienie o Fryczu brzmi jak pożegnanie nie tylko kolegi, ale również pewnego świata.
„Odszedł ktoś, o kim, myślę, że będą mówione komplementy, że jest niezastąpionym, wspaniałym, wielkim aktorem, choć nigdy o to nie walczył. Na tym polegała również jego siła. Był wielkim aktorem. Był wielką osobowością. Był kimś, kto miał wpływ również na moje życie. Takim go będę wspominał” – dodał Englert.
Świata, w którym aktorzy potrafili godzinami rozmawiać o jednej scenie, spierali się o sens słowa i wracali do tych samych przedstawień, szukając w nich czegoś nowego.
Jan Frycz zostawił po sobie role, których nie da się już powtórzyć. Ale zostawił również ludzi, którzy pamiętają go nie z ekranu, lecz z codzienności. Z prób, garderób, rozmów i wspólnie przeżytych lat.
I właśnie w ich wspomnieniach będzie żył najdłużej. Nie jako pomnik, lecz jako człowiek, którego obecność naprawdę coś znaczyła.
Anna Mucha to prawdziwa polska Afrodyta. Jej najnowsze zdjęcia z wakacji robią ogromne wrażenie





