Był jednym z tych głosów, których nie da się pomylić z żadnym innym. Kiedy Felicjan Andrzejczak śpiewał „Jolka, Jolka pamiętasz”, w jego głosie było coś więcej niż muzyka — zmęczenie, tęsknota, prawdziwe emocje.
Właśnie dlatego publiczność uwierzyła mu od pierwszych dźwięków. I właśnie dlatego przez lata pozostawał legendą, choć sam nigdy nie zabiegał o status gwiazdy.
Urodził się w 1948 roku i zanim trafił na największe sceny w Polsce, długo szukał swojego miejsca. Nie był artystą z kolorowych okładek ani człowiekiem show-biznesowych skandali.
Raczej spokojny, wycofany, skupiony na muzyce. Los jednak sprawił, że jego nazwisko na zawsze zostało związane z Budką Suflera.
Do zespołu dołączył na początku lat 80., w trudnym czasie dla grupy. I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał.
Piosenka „Jolka, Jolka pamiętasz” stała się jednym z największych przebojów w historii polskiej muzyki.
Ludzie słuchali jej w akademikach, na prywatkach, w samochodach i późnymi nocami przez radio. Dla wielu ten utwór do dziś brzmi jak wspomnienie całej młodości.
Choć współpraca z Budką Suflera nie trwała długo, Andrzejczak już na zawsze pozostał częścią historii zespołu.
Później szedł własną drogą, koncertował, nagrywał i konsekwentnie trzymał się z dala od medialnego zamieszania.
Nigdy nie opowiadał za dużo o swoim życiu prywatnym. Chronił rodzinę i najbliższych, jakby wiedział, że sława potrafi zabierać ludziom normalność.
Ci, którzy go znali, mówili o nim jako o człowieku skromnym i niezwykle lojalnym. Mimo upływu lat utrzymywał kontakt z Krzysztofem Cugowskim.
Obaj mieli jeszcze wspólne plany i wierzyli, że uda im się ponownie spotkać na scenie. Dlatego wiadomość o śmierci Andrzejczaka była dla wielu takim ciosem.
Najbardziej poruszyło jednak to, że do końca ukrywał swoją chorobę. Nie chciał litości ani wielkich nagłówków. Nawet część znajomych nie wiedziała, z czym naprawdę się zmaga.
Jeszcze niedawno mówiło się o kolejnych koncertach i muzycznych planach. Nikt nie przypuszczał, że czasu zostało tak niewiele.
Był artystą z pokolenia, które nie budowało popularności na sensacji. Liczyła się scena, publiczność i muzyka. Może właśnie dlatego jego odejście zostawiło po sobie taką ciszę.
Bo wraz z Felicjanem Andrzejczakiem odszedł kawałek tamtej Polski — pełnej winyli, koncertów granych na żywo i piosenek, które zostawały z ludźmi na całe życie.
„Dowiedziałem, że jest ciężko chory. Jak teraz ze mną grał, widać było, że jest chory. Jeszcze śpiewał normalnie, ale widać było, że coś mu dolega” – wspominał również były już wokalista Budki Suflera.
A jego głos? Wystarczy kilka pierwszych słów „Jolka, Jolka pamiętasz”, żeby wróciły emocje sprzed lat. I chyba właśnie na tym polega prawdziwa legenda.
„Od dłuższego czasu zmagał się z ciężką chorobą. Lekarze byli jednak optymistyczni. Do śmierci doprowadził wylew” – przekazała później artysty.
Natalia Kukulska przygotowała dla swoich słuchaczy miłą przyjemność. Nie mogła już dłużej milczeć





