23 sierpnia Edward Linde-Lubaszenko obchodziłby 87. urodziny. Tym razem jednak nie było telefonu, życzeń ani spotkania przy stole.
Aktor zmarł 8 lutego 2026 roku, a jego syn Olaf w dniu urodzin ojca opublikował w mediach społecznościowych archiwalne zdjęcie z dzieciństwa.
Do fotografii dołączył zaledwie jedno zdanie: „Pierwsze urodziny taty bez taty”.
Krótkie słowa wystarczyły, by pokazać, jak bardzo brakuje człowieka, który przez dziesięciolecia był obecny nie tylko w polskiej kulturze, ale przede wszystkim w życiu własnego syna.
Edward Linde-Lubaszenko urodził się 23 sierpnia 1939 roku w Białymstoku. Jego życie od początku było naznaczone historią, której nie da się zamknąć w kilku zdaniach biografii.
Wojna, skomplikowane losy rodzinne i pytania o własną tożsamość towarzyszyły mu jeszcze zanim na dobre rozpoczął dorosłe życie. Sam w późniejszych latach opowiadał o niezwykłej historii swojego nazwiska i rodziny.
Zanim na dobre związał się ze sceną, studiował medycynę. Ostatecznie jednak wybrał aktorstwo. Ta decyzja zmieniła całe jego życie.

Pracował w teatrach we Wrocławiu, Gorzowie Wielkopolskim i Opolu, a później związał się z krakowskim środowiskiem teatralnym. W 1977 roku ukończył studia na Wydziale Reżyserii Dramatu w krakowskiej szkole teatralnej, a z czasem sam został pedagogiem i wykładowcą.
Na ekranie stworzył dziesiątki ról, ale dla wielu widzów pozostał aktorem, którego rozpoznawało się nawet wtedy, gdy pojawiał się tylko na chwilę.
Zagrał między innymi w „Psach”, „Sztosie”, „Chłopakach nie płaczą”, „Poranku kojota”, „E=mc2”, „Róży” i „Młodych wilkach”. Równolegle pozostawał wierny teatrowi.
Na scenie Narodowego Starego Teatru w Krakowie występował w spektaklach opartych między innymi na dziełach Stanisława Wyspiańskiego i Franza Kafki.
Jedną z najważniejszych historii jego życia była jednak relacja z synem. Olaf Lubaszenko również wybrał aktorstwo i z czasem sam stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego kina.
Urodzony w 1968 roku, debiutował jako nastolatek, a później zdobył uznanie między innymi dzięki roli w „Krollu” Władysława Pasikowskiego. Zajmował się nie tylko aktorstwem, ale również reżyserią.
Ojciec i syn spotykali się więc w tym samym świecie, choć każdy z nich budował własną drogę. Edward był dla Olafa nie tylko doświadczonym aktorem i człowiekiem teatru.
Był przede wszystkim ojcem, z którym łączyła go historia znacznie bardziej osobista niż wspólny zawód.
8 lutego tego roku Olaf poinformował o śmierci ojca krótkimi słowami: „Żegnaj, Tato”. Edward Linde-Lubaszenko miał 86 lat. Kilka tygodni później podczas uroczystości pogrzebowych na Powązkach Wojskowych syn wygłosił poruszające przemówienie.
Dziś, kilka miesięcy po jego odejściu, przyszły pierwsze urodziny bez niego. I właśnie dlatego zdjęcie z dzieciństwa ma taką siłę.
Nie przedstawia wielkiego aktora, pedagoga czy człowieka, który pozostawił po sobie setki ról. Widać na nim po prostu ojca i syna.
Olaf nie potrzebował długiego wpisu. Nie opisywał dorobku Edwarda, nie wymieniał nagród ani przedstawień. Jedno zdanie wystarczyło. „Pierwsze urodziny taty bez taty” — napisał.
Czasem właśnie takie proste słowa mówią najwięcej. Za nazwiskiem znanym z filmów i scen teatralnych zawsze kryje się człowiek, który dla kogoś był najważniejszą osobą na świecie.
Dla Olafa Linde-Lubaszenko nie był jedynie legendą polskiego aktorstwa. Był tatą. I tego miejsca, jak pokazuje najnowsze wspomnienie, nie da się po prostu niczym zastąpić.





