Przez lata była jedną z najbardziej wyrazistych kobiet polskiej sceny muzycznej. Kora nie znosiła narzuconych zasad, śpiewała tak, jak czuła, i nie próbowała dopasowywać się do oczekiwań innych.
Publiczność znała ją jako charyzmatyczną wokalistkę Maanamu, kobietę o mocnym głosie i jeszcze mocniejszym charakterze.
Tymczasem jej życie prywatne skrywało historię, o której przez długi czas wiedziało niewiele osób.
W tle była miłość do dwóch mężczyzn, małżeństwo, które z zewnątrz wyglądało na trwałe, oraz sekret dotyczący ojcostwa jej młodszego syna. Szymon miał zaledwie dziesięć lat, kiedy dowiedział się, kim naprawdę jest jego biologiczny ojciec.
Tym człowiekiem okazał się Kamil Sipowicz — sąsiad, który pojawił się w życiu Kory na początku lat 70. i pozostał w nim aż do jej śmierci.
Ich historia nie była prostym romansem. Przez lata splatały się w niej uczucia, rodzinne zobowiązania i decyzje, których konsekwencje dotykały także dzieci.
Zanim jednak Kora stała się gwiazdą, jej życie dalekie było od scenicznego blasku. Urodziła się jako Olga Ostrowska 8 czerwca 1951 roku w Krakowie.
Dzieciństwo miała trudne. Jej matka chorowała na gruźlicę, a rodzina nie radziła sobie z codziennymi obowiązkami.
W latach 1955–1960 Olga mieszkała w domu dziecka prowadzonym przez siostry zakonne w Jordanowie.
Po powrocie do rodziny przeżyła kolejne bolesne doświadczenie — jako dziewięciolatka znalazła ciało zmarłego ojca.
Później musiała zamieszkać u krewnych. O tych wydarzeniach opowiadała po latach w autobiografii. Nie próbowała upiększać wspomnień ani udawać, że trudne dzieciństwo nie pozostawiło śladu.
Być może właśnie dlatego w dorosłym życiu tak mocno walczyła o niezależność i nie chciała, by ktokolwiek decydował za nią.
Na przełomie lat 60. i 70. Kora należała do krakowskiego środowiska hipisowskiego. Wyróżniała się wyglądem, sposobem bycia i niechęcią do społecznych konwenansów.
Miała w sobie coś, co przyciągało ludzi, ale jednocześnie nie pozwalało łatwo jej zaszufladkować. W Krakowie poznała Marka Jackowskiego, muzyka związanego wcześniej z grupą Anawa.
Pobrali się w 1971 roku. Z czasem stworzyli nie tylko małżeństwo, ale też artystyczny duet, który odegrał ogromną rolę w historii polskiego rocka.
W 1972 roku na świat przyszedł ich syn Mateusz. Rodzina zaczęła układać sobie życie, a Kora stopniowo zbliżała się do muzycznego świata, który wkrótce miał stać się jej drugim domem.
Marek był gitarzystą i kompozytorem, ona pisała teksty i śpiewała. Wspólna pasja pozwalała im spędzać ze sobą mnóstwo czasu, ale jednocześnie sprawiała, że granica między życiem prywatnym a zawodowym stawała się coraz mniej wyraźna.
W kolejnych latach ich dom i muzyka zaczęły splatać się z obecnością jeszcze jednej osoby.
Kamil Sipowicz mieszkał w tej samej warszawskiej kamienicy. Był młodszy od Kory o dwa lata, studiował filozofię i obracał się w środowisku artystycznym. Ich znajomość początkowo miała charakter sąsiedzki. Kora była już wtedy żoną Marka i matką małego Mateusza.
Z czasem jednak relacja z Kamilem stała się czymś znacznie więcej. W swoich późniejszych wspomnieniach artystka opisywała sen, po którym zaczęła patrzeć na sąsiada inaczej.
W 1975 roku ich znajomość przerodziła się w romans, który przez długi czas ukrywali przed otoczeniem. W tym samym okresie Kamil zaczął współpracować z Maanamem jako autor tekstów.
Musiałem być mężem, żeby w tej całej strukturze medyczno-opresyjnej się odnaleźć. Żeby móc odebrać wyniki, chodzić na oddział, podejmować decyzje. Musiałem „załatwiać”. Kora nienawidziła tego słowa. Ale tak, musiałem wszystko „załatwiać”. Jak bym to ogarnął? Miałbym tłumaczyć się za każdym razem, że jestem konkubentem? Idiotyczne słowo – opowiadał Sipowicz.
Oboje coraz częściej przebywali w swoim towarzystwie, a ich relacja dojrzewała w cieniu małżeństwa Kory z Markiem.
Sipowicz po latach przyznawał, że od początku podejrzewał, iż młodszy syn wokalistki jest jego dzieckiem. Mimo to przez wiele lat prawda pozostawała tajemnicą.
W tej historii nie chodziło wyłącznie o romans. Było w niej również pytanie, jak chronić dzieci przed sprawami dorosłych i co zrobić, kiedy rzeczywistość rodzinna nie mieści się w prostych, społecznie akceptowanych ramach.
W 1976 roku urodził się Szymon. Oficjalnie był synem Marka Jackowskiego, który wychowywał go w rodzinie razem z Korą i starszym bratem.
Jego biologicznym ojcem był jednak Kamil Sipowicz. Kora nie mówiła o tym przez wiele lat. Dopiero gdy Szymon miał około dziesięciu lat, wyjaśniła mu prawdę.
Kora nawet trochę się z tego ślubu śmiała, ale już była wycieńczona chorobą. Nawet puściliśmy „White Wedding” Billy’ego Idola – mówił Sipowicz.
Według wspomnień Sipowicza chłopiec zrozumiał sytuację i nie miał do matki pretensji. Również starszy brat Mateusz opowiadał później, że informacja o biologicznym ojcostwie Kamila nie zmieniła jego stosunku do Szymona.
Nadal był dla niego bratem. To ważne, bo w opowieściach o miłosnych trójkątach łatwo zapomnieć o ludziach, którzy nie wybierali sytuacji, w jakiej przyszło im dorastać.
Nie da się jednak sprowadzić tej historii do rodzinnego sekretu. W tym samym czasie Kora i Marek budowali pozycję zespołu, który wkrótce miał stać się legendą.
Maanam zyskał ogromną popularność na początku lat 80. Utwory „Boskie Buenos”, „O! Nie rób tyle hałasu”, „Krakowski spleen” i „Lucciola” na trwałe weszły do historii polskiej muzyki.
Charyzma Kory, jej charakterystyczny głos i sceniczna ekspresja sprawiały, że nie przypominała żadnej innej wokalistki.
W czasach, gdy od kobiet często oczekiwano łagodności i podporządkowania, ona była głośna, odważna i niepokorna. Na koncertach potrafiła całkowicie zawładnąć publicznością, a jej styl kopiowały tysiące fanek.
Popularność nie rozwiązywała jednak prywatnych problemów. Małżeństwo Kory i Marka ostatecznie się rozpadło.
W 1984 roku para rozwiodła się, a wokalistka musiała ułożyć życie na nowo jako matka dwóch synów. Kamil przez pewien czas mieszkał w Niemczech, gdzie kontynuował studia doktoranckie.
Ich drogi także na pewien okres się rozeszły. Dopiero pod koniec lat 80. ponownie zbliżyli się do siebie i w 1989 roku zamieszkali razem w Warszawie.
Tym razem nie musieli już ukrywać relacji przed światem. Ich związek przetrwał kolejne dekady, choć formalnie zalegalizowali go dopiero wiele lat później.
Kamil Sipowicz był dla Kory nie tylko partnerem, lecz także człowiekiem, z którym dzieliła zainteresowania literaturą, filozofią i sztuką.
Wspólnie pracowali nad książkami, tekstami i projektami wydawniczymi. W 1992 roku ukazała się ich autobiograficzna publikacja „Podwójna linia życia”, później rozwinięta w książce „Kora, Kora.
A planety szaleją”. Sipowicz znał jej najbardziej prywatne oblicze, a jednocześnie rozumiał, że Kora nie była osobą, którą można zamknąć w roli partnerki czy żony. Miała własne poglądy, własny język i silną potrzebę samodzielnego decydowania o swoim życiu.
W grudniu 2013 roku, gdy Kora zmagała się już z chorobą nowotworową, para wzięła ślub w swoim domu na warszawskich Bielanach.
Ceremonia była kameralna. Nie było wielkiego wesela ani medialnej oprawy. Jak wspominał Sipowicz, formalne małżeństwo stało się ważne również z praktycznych powodów związanych z leczeniem i możliwością podejmowania decyzji medycznych.
Po ponad trzech dekadach wspólnego życia został więc jej mężem nie tylko w codziennym, emocjonalnym sensie, ale również w świetle prawa.
Kora przez kilka lat walczyła z nowotworem. Mimo choroby pozostawała obecna w życiu publicznym, nagrywała muzykę i występowała w telewizji jako jurorka programu „Must Be the Music. Tylko muzyka”.
Nie chciała, aby choroba odebrała jej całą tożsamość. Była artystką, która przez całe życie mówiła własnym głosem, dlatego również w trudnym okresie nie zamierzała udawać, że nie dzieje się nic złego.
Zmarła 28 lipca 2018 roku w wieku 67 lat. Odeszła jedna z najbardziej charakterystycznych postaci polskiej sceny muzycznej.
Po jej śmierci wracały nie tylko wspomnienia koncertów i przebojów, lecz także opowieści o jej rodzinie. Dla Mateusza i Szymona była przede wszystkim matką, z całym bagażem zalet, słabości i skomplikowanych decyzji. Dla Kamila — partnerką, z którą spędził niemal cztery dekady.
Dla Marka Jackowskiego — pierwszą żoną i współtwórczynią Maanamu. Każdy z tych związków opowiadał inną część jej życia. Żaden nie wyczerpywał całej prawdy o Korze.
Domyślałem się, że Szymon jest moim synem. Byłem blisko jej, jej rodziny, czułem z Szymonem wyjątkową więź – wspominał.
Jej historia pokazuje, że prawdziwe życie rzadko układa się w prosty schemat. Była żoną Marka, a jednocześnie przez lata kochała Kamila.
Wychowywała dwóch synów, z których każdy miał innego biologicznego ojca, choć obaj dorastali jako bracia. Przez długi czas strzegła rodzinnej tajemnicy, zanim zdecydowała się powiedzieć młodszemu dziecku prawdę.
Nie była bohaterką bez skazy ani osobą, która zawsze wybierała najłatwiejszą drogę. Była kobietą pełną sprzeczności, odważną w sztuce i skomplikowaną w życiu prywatnym.
Dziś, słuchając „Krakowskiego spleenu” czy „Boskie Buenos”, łatwo skupić się na głosie i energii Kory. Warto jednak pamiętać, że za tymi piosenkami stała kobieta, której prywatny świat nie zawsze był prosty.
Jej historia z Markiem Jackowskim i Kamilem Sipowiczem nie daje się zamknąć w jednym sensacyjnym nagłówku. To opowieść o uczuciach, rodzinie, sekretach i konsekwencjach decyzji podejmowanych w czasach, gdy nikt nie miał gotowych odpowiedzi.
A fakt, że Szymon poznał prawdę o swoim ojcu dopiero w wieku dziesięciu lat, pozostaje jednym z najbardziej osobistych rozdziałów tej niezwykłej biografii.




