Przez ponad trzy dekady udowodnili, że ich uczucie potrafi przetrwać wszystko – plotki, różnicę wieku, zawodowe wyzwania i nieustanne zainteresowanie mediów.
Beata Ścibakówna i Jan Englert od lat należą do najbardziej rozpoznawalnych par polskiego świata kultury, choć sami nigdy nie zabiegali o rozgłos.
Tym razem to aktorka zdecydowała się wrócić pamięcią do początków ich znajomości i opowiedzieć historię, która rozbawiła nawet ją samą.
W najnowszym wywiadzie zdradziła, że kiedy zaczynała studia w Akademii Teatralnej, Jan Englert był już cenionym aktorem, wykładowcą i rektorem uczelni.
Jak wspomina, dla wielu studentek był autorytetem i człowiekiem, którego słuchało się z ogromnym podziwem. Sama przyznała, że wraz z koleżankami były nim zauroczone jako profesorem i artystą.
Największe zaskoczenie przyszło jednak znacznie później, kiedy powiedziała mamie, że wybiera się na wakacje z Janem Englertem.
Reakcja była natychmiastowa. „Ja się w nim kochałam!” – miała odpowiedzieć jej mama, czym wprawiła córkę w szczery śmiech.
Ta rodzinna anegdota po latach pokazała, że nazwisko Englerta od dawna budziło emocje nie tylko w środowisku teatralnym.
Historia ich miłości od początku była szeroko komentowana. Gdy się poznali, Beata była studentką warszawskiej Akademii Teatralnej, a
Jan Englert należał już do najwybitniejszych polskich aktorów i pedagogów.
Między nimi było dwadzieścia pięć lat różnicy wieku, dlatego wiele osób nie wierzyło, że ten związek przetrwa.
Pojawiały się komentarze, że młoda aktorka wiąże swoją przyszłość z człowiekiem znacznie starszym i bardzo znanym. Oni jednak konsekwentnie ignorowali plotki i skupili się na budowaniu wspólnego życia.
„Nie podpierałam się jego nazwiskiem, a on nigdy niczego specjalnie dla mnie nie wyreżyserował. Chciałam iść od początku swoją drogą i to się udaje”.
Ślub wzięli w 1995 roku. Beata od samego początku postanowiła zachować własne nazwisko. Jak wielokrotnie podkreślała, nie chciała budować kariery na popularności męża ani dawać komukolwiek powodów do twierdzenia, że sukces zawdzięcza jego pozycji.
Zależało jej na tym, by każdą rolę zdobywać własną pracą i talentem. Choć przez lata nie brakowało podobnych sugestii, nigdy nie zmieniła swojego podejścia.
Beata Ścibakówna konsekwentnie rozwijała karierę teatralną i filmową. Występowała na scenie Teatru Narodowego, grała w serialach i
filmach, a jednocześnie starała się zachować równowagę między pracą a życiem rodzinnym.
Wielokrotnie przyznawała, że sława nigdy nie była dla niej celem samym w sobie. Znacznie ważniejsze okazały się spokój, dom i możliwość wykonywania zawodu, który naprawdę kocha.
Ich życie zmieniło się jeszcze bardziej w 2000 roku, gdy na świat przyszła córka Helena Englert. Dziś również rozwija aktorską karierę i coraz śmielej pojawia się w świecie filmu oraz muzyki.
Rodzice od początku starali się jednak nie narzucać jej własnych wyborów. Jan Englert wielokrotnie podkreślał, że córka musi sama zapracować na swoje nazwisko, tak jak kiedyś zrobiła to jej mama.
„Pamiętam, jak wchodził do nas na zajęcia, bo zaczął uczyć nasz rok, jak my byliśmy na drugim roku. Zaczął nas uczyć i jak wchodził do sali wykładowej, to zawsze mówił: „Dzień dobry, dzień dobry. Przepraszam, pani, czy mogę zdjąć marynarkę?” A wszyscy: „Tak, tak, tak”. I zaczynał wykład, więc naprawdę, może nie kochałyśmy, ale zauroczone byłyśmy. W końcu to był Jan Englert, to był nasz rektor, to był nasz profesor, który wspaniale uczył. Wyglądał i wygląda pięknie” – wyjawiła.
Mimo wielu obowiązków zawodowych ich małżeństwo przetrwało próbę czasu. Oboje przyznają, że uczucie po trzydziestu latach wygląda inaczej niż na początku.
Pierwsze zauroczenie ustąpiło miejsca przyjaźni, wzajemnemu zaufaniu i spokojowi. Nie ukrywają, że każde z nich ma odmienny charakter – Jan częściej patrzy na świat z dystansem i realizmem, Beata pozostaje optymistką.
To właśnie te różnice, zamiast ich dzielić, przez lata okazały się największą siłą ich związku.
„Moja mama kiedyś powiedziała: „Ale to z kim wyjeżdżasz na te wakacje?”. Ja mówię: „No z kolegą ze szkoły”. „No ale kto to jest ten kolega? Jak się nazywa?”. I mówię: „No Jan Englert”. A moja mama: „To ja się w nim kochałam!”” – wyznała.
Dziś, gdy media wciąż próbują doszukiwać się sensacji wokół ich małżeństwa, oni odpowiadają spokojem.
Nie potrzebują głośnych deklaracji ani idealnych zdjęć publikowanych każdego dnia.
Zdecydowanie bardziej cenią wspólną codzienność, rozmowy i poczucie, że po tylu latach nadal mogą na siebie liczyć.
Historia Beaty Ścibakówny i Jana Englerta pokazuje, że prawdziwa bliskość nie rodzi się z wielkich gestów, lecz z cierpliwości i wzajemnego szacunku.
A opowieść o mamie aktorki, która przed laty sama wzdychała do Jana Englerta, jest tylko uroczym przypomnieniem, że życie potrafi pisać scenariusze ciekawsze niż niejeden film.
Po ponad trzydziestu latach razem ich historia nadal inspiruje – nie dlatego, że była idealna, ale dlatego, że od początku opierała się na autentycznych uczuciach.




