Dla milionów widzów na zawsze pozostał sympatycznym Grigorijem z serialu „Czterej pancerni i pies”.
Ciepły uśmiech, charakterystyczny akcent i ekranowa dobroć sprawiły, że Włodzimierz Press stał się jedną z najbardziej lubianych twarzy polskiej telewizji.
Mało kto jednak wiedział, że za tym spokojnym spojrzeniem kryła się historia pełna strat, samotności i wojennych dramatów.
Kiedy niedawno obchodził 86. urodziny, wielu ludzi znów zaczęło wracać pamięcią do aktora, który przez dekady był częścią ich życia.
Ale dzieciństwo Pressa nie przypominało beztroskich wspomnień z dawnych lat. To była historia chłopca, któremu wojna odebrała niemal wszystko.
Włodzimierz Press urodził się w 1939 roku we Lwowie, dosłownie chwilę przed wybuchem II wojny światowej. Już od pierwszych miesięcy życia znalazł się w świecie chaosu i strachu.
„Urodziłem się we Lwowie. Matka uciekła z Warszawy w ostatniej chwili, tuż po wybuchu wojny. Była w ciąży. Ja narodziłem się w maju 1939 roku, ale oficjalna data urodzenia to 1940 rok” – tłumaczył Press.

Jego ojciec zginął w obozie koncentracyjnym, a rodzina została brutalnie rozdzielona przez historię.
„Nigdy go nie poznałem. Imię Grzegorz nadałem potem mojemu synowi, żeby w ten sposób go upamiętnić” – wspominał w wywiadzie dla TVP.
Matka po wojnie wyjechała z Polski, ale on został tutaj — w kraju, który miał stać się jego domem, choć długo trudno było mu znaleźć w nim poczucie bezpieczeństwa.
To doświadczenie samotności zostało z nim na całe życie. Sam aktor po latach przyznawał, że wojenne wspomnienia i brak ojca miały ogromny wpływ na jego charakter.
„Znalazłem się w domu dziecka w głębi Rosji, pod Uralem. To był czas potwornego głodu. Matka pracowała w innym miejscu, nie mogła mnie zabrać. Pamiętam ten głód jako dominujące uczucie z tamtych lat” – wyznał aktor.
Był człowiekiem wrażliwym, momentami wycofanym, ale jednocześnie niezwykle pracowitym. Może właśnie dlatego widzowie tak mocno mu wierzyli — bo za ekranową rolą zawsze stał prawdziwy człowiek.
Do aktorstwa trafił trochę z przypadku, ale szybko okazało się, że scena i kamera są miejscem, w którym potrafi odnaleźć siebie.
Ukończył warszawską PWST i zaczął występować w teatrze, jednak prawdziwą popularność przyniósł mu dopiero serial „Czterej pancerni i pies”.
Rola Grigorija Saakaszwilego zmieniła wszystko. Serial stał się fenomenem PRL-u. Ulice pustoszały, gdy emitowano kolejne odcinki, a bohaterowie produkcji byli traktowani niemal jak członkowie rodzin.
Press stworzył postać ciepłą, lojalną i pełną uroku. Widzowie pokochali go natychmiast.
Paradoks polegał na tym, że ogromna popularność tej roli stała się jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem.
Dla wielu reżyserów na zawsze pozostał przede wszystkim Grigorijem. Choć później grał także w teatrze, filmach i serialach, ta jedna postać przykleiła się do niego na dekady.
Prywatnie Włodzimierz Press zawsze trzymał się z dala od skandali. Nie należał do aktorów walczących o uwagę mediów. Dużo ważniejsze były dla niego spokój, rodzina i codzienne życie poza kamerami.
Ludzie z branży często podkreślali, że był człowiekiem niezwykle kulturalnym i pełnym klasy — dokładnie takim, jakim wydawał się na ekranie.
Z wiekiem coraz częściej wracał wspomnieniami do przeszłości. Do wojny, utraconego ojca i trudnego dzieciństwa, które naznaczyło całe jego życie. Mimo tego nigdy nie próbował budować wokół siebie wizerunku człowieka skrzywdzonego przez los.
Może właśnie dlatego widzowie nadal darzą go tak ogromną sympatią.
Bo kiedy dziś patrzy się na Włodzimierza Pressa, ma się wrażenie, że jest jednym z ostatnich aktorów tamtej epoki — ludzi, którzy nie musieli krzyczeć, by zostać zapamiętani.




