Kiedy poznałam siostrę męża, wydała mi się miłą osobą. Ale z czasem pokazała swoje prawdziwe oblicze

Pewnego razu myślałam, że poznałam „tę właściwą” osobę w rodzinie męża — jego siostrę. Na początku wydawała mi się miłą, ciepłą kobietą, gotową pomóc, zaprosić na kawę, porozmawiać o planach, o pracy, o tym, jak bardzo cieszę się z małżeństwa.

Ale z czasem ta „miłość cię połączy” zaczęła przybierać coraz dziwniejsze formy. I dopiero wtedy zrozumiałam, że prawdziwe oblicze niektórych ludzi wychodzi dopiero wtedy, gdy przestaniesz mu się kłaniać.

Poznałam ją w czasie, kiedy jeszcze wszystko wydawało się proste. Mąż dzwonił do siostry, my rozmawialiśmy o zaplanowanym ślubie i ona od razu włączyła się w rozmowę.

— Jestem taka podekscytowana! — powiedziała na naszym pierwszym spotkaniu przy kawie. — Musimy omówić dekoracje, menu, listę gości!

Uśmiechnęłam się, myśląc, że to zwykła radość i chęć pomocy. Powiedziałam, że bardzo to doceniam i że chętnie usiądziemy razem przy planach.

Screen IStockphoto

— Dziękuję, naprawdę mi na tym zależy — odpowiedziałam.

— Zawsze możesz na mnie liczyć — odparła.

To było miłe. Za miłe. Za bardzo. Dopiero później okazało się, że ta „pomoc” ma zupełnie inny wymiar.

Na początku były drobne uwagi. Gubiła je w zwykłych rozmowach.

— A może nie zapraszać koleżanki mojej mamy? — rzuciła kiedyś na spotkaniu. — Nie chcę, żeby było za tłoczno.

— Może masz rację — powiedziałam, chociaż nie byłam pewna, czy to dobry pomysł.

Po chwili jednak dodała:

— W końcu to mój brat i jego żona powinni być w centrum uwagi, nie obcy ludzie.

Spojrzałam na męża. Miał taką minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale bał się wtrącić.

Kiedy wróciłyśmy do domu, zapytałam:

— Dlaczego o tym powiedziałaś?

— Bo to mój brat — odpowiedziała. — I to ja znam go najlepiej.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek.

Kilka tygodni później zaproponowała wspólne zakupy dekoracji. Pojechałyśmy razem. W sklepie od razu zaczęła komentować mój wybór:

— Dlaczego bierzesz te talerze? Są takie… zwykłe.

— Myślałam, że są ładne — odpowiedziałam niepewnie.

— No widzisz — powiedziała. — Ja bym wybrała coś bardziej eleganckiego.

Uśmiechnęłam się, bo pomyślałam, że to zwykła sugestia. Tyle że po powrocie do domu mąż na mnie spojrzał i powiedział:

— Może nie musisz słuchać wszystkiego, co mówi siostra.

To był moment, w którym zaczęłam czuć się dziwnie. Jakby ktoś oceniał każdy mój krok, każdą decyzję, jakby coś w tym „pomaganiu”
było… ostrożne, celowe, a nie przyjacielskie.

Najgorsze zaczęło się wtedy, gdy wspólnie wyszłyśmy na rodzinny obiad. Siostra mojego męża zaczęła opowiadać o moich błędach przy
organizowaniu ślubu w taki sposób, że wszyscy zaczęli się na mnie patrzeć. Było:

— Ależ Ania wybrała tort… ciekawy wybór — zaczęła półgłosem, ale tak, że wszyscy usłyszeli.

I potem:

— Nie każdy lubi takie smaki, ale… no wiadomo — dodała.

Wszyscy spojrzeli na mnie. A ja poczułam, jak robi mi się gorąco. Nie potrafiłam odpowiedzieć od razu. Mąż tylko spojrzał w bok,
jakby chciał powiedzieć: Przepraszam, ale nie potrafił.

Po obiedzie, w drodze powrotnej, zapytałam cicho:

— Dlaczego mówiłaś takie rzeczy?

— To był żart — odparła szybko. — Nie musisz wszystkiego brać poważnie.

To wtedy poczułam, że to nie jest zwykłe „pomaganie” ani „dobry humor”. To była ciągła krytyka przebrana w żart.

Kilka dni później, gdy przyszły zaproszenia, wyskoczyła z kolejną uwagą:

— Znasz moją kuzynkę? Może powinnaś ją zaprosić zamiast tej koleżanki z pracy?

— Ale to moja przyjaciółka… — zaczęłam.

— Tak, wiem — przerwała mi. — Ale moja kuzynka zna też mojego brata od lat. I byłoby… lepiej.

Wtedy zrozumiałam, że to już nie chodzi o wybory gości, dekoracje ani tort. To była jej potrzeba kontrolowania wszystkiego i
wszystkich. Jakby chciała ustawić mnie „na swoim miejscu”, zamiast traktować mnie jak członka rodziny.

Pewnej nocy, kiedy mąż i ja siedzieliśmy na kanapie, powiedział:

— Czuję, że jego siostra ciągle cię ocenia.

— Też to czuję — odpowiedziałam. — Ale nie wiem, jak to zatrzymać.

— Może porozmawiasz z nią szczerze? — zaproponował.

— Nie wiem, czy to ma sens — powiedziałam.

I rzeczywiście miało znaczenie. Następnego dnia, kiedy siostra znów zaczęła komentować mój wybór kubków do kuchni, spojrzałam na nią
i powiedziałam:

— Wiesz, wydaje mi się, że nie traktujesz mnie jak człowieka, tylko jak kogoś, kogo trzeba pouczać.

— Nie przesadzaj — odparła. — Ja tylko chcę pomóc.

— Pomoc to jedno — odpowiedziałam, — ale ciągła krytyka to coś innego. Chcę czuć się częścią rodziny, a nie projektem do poprawienia.

Milczała. Po raz pierwszy widziałam w jej oczach powagę, a nie uśmiech.

Kilka tygodni później przyjechała na naszą działkę na wspólny weekend. Znowu zaczęła mówić o moim podlewaniu kwiatów, o tym, że kawa
jest za słaba, że powinnam inaczej stawiać krzesła. Ale tym razem nie odpowiedziałam od razu. Spojrzałam na nią i powiedziałam spokojnie:

— Nie musisz się zgadzać ze wszystkimi moimi wyborami, ale proszę, szanuj je. To mój dom, moje życie i moja rodzina.

Zamilkła. I po raz pierwszy nie miała gotowej uwagi.

Dziś wiem jedno: prawdziwe oblicze człowieka poznaje się nie wtedy, gdy wszystko idzie dobrze, ale wtedy, gdy zaczynasz robić rzeczy
po swojemu.

Nie dlatego, że chcesz być „lepsza”, tylko dlatego, że chcesz być sobą. I jeśli ktoś zamiast tego zaczyna cię kontrolować, oceniać, krytykować — to nie jest pomoc, tylko próba dominacji.

A prawdziwa rodzina to nie ta, która mówi ci, co masz robić, tylko ta, która stoi obok i mówi: Jestem z tobą, nawet jeśli robisz to
po swojemu.

Po raz pierwszy i ostatni zabrałam teściową ze sobą na działkę. Okazuje się, że przez tyle lat nie nauczyłam się nawet podlewać kwiatów: „Nie miałam jeszcze tak leniwej synowej”

Kiedy przez 10 lat opiekowałam się moim wujkiem, obiecał zostawić mieszkanie mnie i mojej córce. Ale wtedy pojawił się jego syn i powiedział, że wszystko robiłam dla metrów kwadratowych

Córka powiedziała, że kocham swojego nowego męża bardziej niż ją i wnuczkę, ponieważ z nim byłam już dwa razy w ciągu roku na wakacjach: „Jesteśmy dla ciebie na drugim miejscu, ponieważ znalazłaś nową miłość”