Moja przyjaciółka i ja zawsze marzyłyśmy o tym, żeby być nierozłączne, dopóki ona nie postanowiła odebrać mi męża: „On zasługuje na kogoś lepszego niż ty, przynajmniej na mnie”

Znałyśmy się od liceum. Byłyśmy jak siostry, choć żadna z nas nigdy tego głośno nie powiedziała.

Razem przeżywałyśmy pierwsze miłości, pierwsze rozczarowania, studia, śluby.

Zawsze mówiłyśmy, że nic i nikt nie stanie między nami. Kiedy poznałam mojego przyszłego męża, ona była pierwszą osobą, której o nim opowiedziałam.

— Jest inny — powiedziałam wtedy z błyskiem w oczach.

— W końcu trafiłaś na kogoś normalnego — uśmiechnęła się.

Screen IStockphoto

Była przy mnie na każdym etapie. Pomagała wybierać suknię ślubną, siedziała obok mnie w dniu ślubu, trzymała mnie za rękę, gdy
płakałam ze wzruszenia. Mówiła:

— Zawsze będę po twojej stronie.

Wierzyłam jej bezgranicznie.

Po ślubie często bywała u nas w domu. Znała każdy kąt naszego mieszkania, wiedziała, gdzie trzymam herbatę, gdzie ręczniki, gdzie zapasowe klucze. Mąż ją lubił, ufał jej, śmiał się z jej żartów.

— Masz szczęście do przyjaciółki — mówił.

Nie widziałam w tym nic złego. Przecież była „jak rodzina”.

Z czasem zaczęłam jednak zauważać drobiazgi. Jej spojrzenia, kiedy się kłóciliśmy. Jej komentarze, niby żartobliwe, ale trafiające dokładnie w moje słabości.

— Ty zawsze wszystko bierzesz do siebie — mówiła. — On jest prosty, potrzebuje spokoju.

Pewnego dnia, po naszej sprzeczce, zadzwoniła do mnie wieczorem.

— Może powinnaś dać mu trochę przestrzeni — zasugerowała. — On naprawdę dużo znosi.

Zaczęłam wątpić w siebie. W swoje reakcje, emocje, oczekiwania. Ona zawsze miała gotową odpowiedź, zawsze wiedziała „lepiej”.

Aż przyszedł ten dzień. Wróciłam wcześniej z pracy. W mieszkaniu było cicho, ale nie pusto. Usłyszałam głosy w sypialni. Jej głos. Jego głos.

Stałam w korytarzu jak sparaliżowana. Kiedy otworzyłam drzwi, spojrzeli na mnie bez krzyku, bez paniki. Jakby wszystko było już ustalone.

— To nie jest tak, jak myślisz — zaczął on.

Ona natomiast spojrzała na mnie spokojnie i powiedziała coś, czego nigdy nie zapomnę:

— On zasługuje na kogoś lepszego niż ty. Przynajmniej na mnie.

Świat mi się zawalił, ale nie krzyczałam.

— Od kiedy? — zapytałam tylko.

— Od dawna — odpowiedziała. — Po prostu bałam się ci powiedzieć.

Mąż milczał. To bolało najbardziej.

— A ja? — zapytałam. — Co ze mną?

Wzruszyła ramionami.

— Zawsze byłaś zbyt emocjonalna. Za trudna.

Wyszłam wtedy z mieszkania z jedną torbą. Przez kilka dni nie odbierałam telefonów. Ani od niej, ani od niego. Płakałam, wątpiłam,
obwiniałam się.

Po tygodniu przyszła do mnie.

— Nie chciałam cię skrzywdzić — powiedziała. — Po prostu miłość się zdarza.

— Przyjaźń też — odpowiedziałam. — Ale ty ją zabiłaś.

Dziś wiem jedno: najgorsza zdrada nie zawsze przychodzi od obcych. Czasem przychodzi od osoby, która znała cię najlepiej. Która
wiedziała, gdzie uderzyć, żeby bolało najmocniej.

Nie odzyskałam męża. Ale odzyskałam siebie. I już nigdy nie nazwę „przyjaciółką” kogoś, kto buduje swoje szczęście na cudzym upadku.

Pewnego razu mąż zaproponował żonie, aby zamieszkali osobno, ponieważ zmęczyło go życie rodzinne, ale coś poszło nie tak i żona nie chciała już wracać do dotychczasowego trybu życia

Mama powiedziała mi, że nie zostawi mi swojego mieszkania, ponieważ w wieku 67 lat zakochała się w nieznajomym i teraz będą mieszkać u niej. Nie wierzę, że on naprawdę ją kocha, ponieważ jest od niej młodszy o 15 lat

Mąż dogaduje się ze wszystkimi, ale wobec moich rodziców i mnie zachowuje się nieodpowiednio. Brat radzi mi go porzucić, ale ja go kocham