Nigdy nie myślałam, że na starość moje życie zmieni się tak drastycznie.
Przygotowywałam się na spokojną emeryturę, na ciche wieczory z książką lub robótkami ręcznymi, na to, że czasami przyjeżdżała córka z mężem i wnuczką, abyśmy razem pili herbatę w kuchni.
Ale w jednej chwili wszystko wywróciło się do góry nogami. Teraz wychowuję wnuczkę, chociaż powinnam tylko cieszyć się jej dziecięcym śmiechem i poświęcać jej najlepsze chwile, nie myśląc o codziennych trudnościach.
To było zwykłe niedzielne popołudnie. Nakryłam do stołu, upiekłam szarlotkę, wstawiłam do wazonu świeże kwiaty, bo czekałam na córkę z rodziną.
Zawsze starałam się stworzyć przytulną atmosferę, aby czuli się jak w domu, do którego chce się wracać. Wydawało mi się, że w ten sposób uda mi się zachować miejsce w ich sercach.
Przybyli milczący. Córka nerwowo poprawiała włosy, zięć patrzył w bok, a mała wnuczka radośnie biegała po mieszkaniu, śmiała się i opowiadała mi, jak w przedszkolu rysowali słońce.
Już wtedy poczułam, że coś jest nie tak, ale nie chciałam wyciągać pochopnych wniosków.
I oto, kiedy usiedliśmy do stołu, córka nagle powiedziała:
— Mamo, rozstajemy się z Andrzejem.
Odłożyłam widelec i spojrzałam na nią.
— Jak to się rozstajecie? — zaparło mi dech w piersiach. — Jesteście małżeństwem dopiero od pięciu lat, macie córkę, jesteście jeszcze młodzi, czy nie można znaleźć wspólnego języka?
— Mamo, nie musisz. To nasza decyzja — córka patrzyła stanowczo, ale jej oczy błyszczały od powstrzymywanych łez. — Jesteśmy zmęczeni. Ciągłe kłótnie, niezrozumienie, wyrzuty. Oboje chcemy spróbować żyć inaczej.
Starałam się nie interweniować, chociaż serce mi się ściskało. Wiedziałam, że młodzi ludzie są teraz zupełnie inni, że nie żyją tak jak my – „oby tylko była rodzina”. Ale nadal nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak szybko się poddają.
Powiedziałam:
— Dobrze, córko, jeśli tak zdecydowaliście, to popieram was. Chociaż nie aprobuję tego, ale jeśli tak będzie lepiej dla ciebie i dziecka, to znaczy, że tak trzeba.
Skinęła głową, nie odpowiedziała nic więcej. I wtedy pomyślałam: „Mogła przynajmniej podziękować za zrozumienie…” Ale najwyraźniej nie miała na to ochoty.
Minęło kilka tygodni i stało się jasne, że rozwód to nie tylko słowa. Andrzej spakował się i odszedł, córka została z wnuczką w swoim mieszkaniu.
Starałam się pomagać, odbierałam dziecko z przedszkola, gotowałam im obiady, żeby córka mogła pracować i nie była zbyt zmęczona.
Ale z czasem zauważyłam, że córka coraz częściej znikała wieczorami. Najpierw mówiła, że zostaje w pracy, potem — że spotyka się z przyjaciółkami. Nie pytałam zbytnio, bo rozumiałam: ona też potrzebuje odskoczni. Ale pewnego dnia powiedziała wprost:
— Mamo, muszę żyć dla siebie. Jestem jeszcze młoda, chcę spotykać się z ludźmi, chodzić na randki.
Milczałam. Bo co tu powiedzieć? Ona naprawdę jest młoda. Ale w mojej duszy miałam niepokój.
A potem stało się to, czego najbardziej się obawiałam. Pewnego wieczoru córka przyprowadziła mi wnuczkę i powiedziała:
— Mamo, pobądź z nią kilka dni. Ja pojadę odpocząć. — Gdzie? — zapytałam. — Do Niemiec z koleżankami.
Nie odpowiedziałam nic, tylko wzięłam dziecko za rękę.
Wnuczka radośnie pobiegła do swoich zabawek, a ja czułam, jak narasta we mnie niepokój.
Te „kilka dni” zamieniło się w tygodnie. Córka dzwoniła rzadko, mówiła krótko: „Mam wszystko w porządku, nie martw się, mamo”.
Starałam się nie wyrzucać jej niczego, ale w sercu miałam ciężko. Bo okazywało się, że zostałam sama z małą dziewczynką, która każdej nocy pytała: „Babciu, a kiedy mama przyjedzie?”.
Gładziłam ją po głowie i odpowiadałam:
„Wkrótce, kochanie, wkrótce”.
A sama myślałam: „Czy to naprawdę wkrótce?”.
Czas mijał. Córka zaczęła przychodzić jeszcze rzadziej. Żyła swoim życiem, z nowymi znajomymi, imprezami, wycieczkami.
A ja coraz bardziej pogrążałam się w codzienności wychowywania wnuczki: przedszkole, lekcje rysunku, spacery po podwórku, choroby i bezsenne noce.
Kocham swoją wnuczkę ponad wszystko na świecie. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że moje własne dziecko przerzuciło na mnie swój obowiązek, aby móc budować nowe życie. I nawet nie powiedziała za to „dziękuję”.
Są wieczory, kiedy siedzę w kuchni po tym, jak wnuczka zasypia, i myślę: „A może to moja wina? Może źle wychowałam córkę, skoro tak łatwo oddała swoje dziecko?”.
A jednak milczę. Bo wiem, że jeśli teraz ją zganię, między nami może powstać mur. A tego nie chcę.
Pewnego razu odważyłam się jej powiedzieć:
— Córeczko, nie mam nic przeciwko pomaganiu. Ale dziecko potrzebuje matki.
Ona tylko wzruszyła ramionami:
— Mamo, ona ma ciebie. Wiesz przecież, że jest w dobrych rękach.
Te słowa bolały mnie jak nóż. Chciałam krzyknąć: „A gdzie ty? Czy tak można?”. Ale powstrzymałam się. Bo w jej oczach widziałam zimną obojętność i bałam się, że stracę ją na zawsze.
Tak teraz żyję — babcia, która po raz drugi została matką. Całe swoje ciepło oddaję wnuczce, bo ona nie jest winna tego, że dorośli nie potrafili poradzić sobie ze swoim życiem.
Ale w głębi duszy marzę o dniu, w którym moja córka ponownie zrozumie, co to znaczy być matką. I wtedy być może usłyszę od niej proste słowo, na które czekam już tyle miesięcy:
„Dziękuję”.