Kiedy byliśmy z bratem mali, rodzice zawsze starali się wychowywać nas jednakowo. Przynajmniej tak mówili.
Wszystko dzielili na pół: jabłko na dwie równe części, cukierki po równo, prezenty – żeby nie było zazdrości.
Wtedy wydawało mi się, że sprawiedliwość jest czymś oczywistym. Że jeśli ktoś kocha, to kocha jednakowo. Jeśli pomaga, to pomaga jednakowo. Jeśli wspiera, to nie dzieli na „syn” i „córka”.
A potem dorastaliśmy. I ta dziecięca sprawiedliwość gdzieś zniknęła. Mój brat ożenił się kilka lat temu. Ślub był skromny, ale przytulny.
Wszyscy byli szczęśliwi. Rodzice promienieli. Mama biegała z aparatem fotograficznym, tata ściskał zięcia za ręce.
A potem, gdzieś tydzień po uroczystości, powiedzieli: postanowiliśmy zrobić nowożeńcom prezent.
Klucze do mieszkania. Jednopokojowe, niewielkie, ale własne. Prezent nie tylko dla syna, ale dla jego nowej rodziny. Aby nie zaczynali od zera, aby mieli start.
Nie zazdrościłam. Naprawdę. Szczerze cieszyłam się z powodu brata. Pomagałam nawet nosić pudła, kiedy się przeprowadzali. Wynosiłam śmieci, rozpakowywałam naczynia, prałam firanki.
A potem wracałam do swojego wynajmowanego pokoju o cienkich ścianach, gdzie słychać było kaszel sąsiadów, i powtarzałam sobie: wszystko będzie dobrze. Kiedyś i mnie się poszczęści.
Nigdy nie prosiłam rodziców o nic wielkiego. Zawsze starałam się być „wygodną córką”. Samodzielną, cierpliwą. Stypendium, praca, nocne dorywcze zajęcia – byle tylko nie prosić.
Bo wiedziałam: i tak mają ciężko. Ale czasami w środku budziła się uraza. Cicha jak komar pod kołdrą. Taka, której jakby nie słychać, ale nie daje zasnąć.
Minęło kilka lat. Ja też postanowiłam wyjść za mąż. Nie urządzaliśmy wesela — po prostu podpisaliśmy akt ślubu i wyjechaliśmy na kilka dni za miasto.
Po powrocie zaprosiliśmy rodziców na kolację. Mama przyniosła duże pudełko przewiązane wstążką. Otworzyłam — był tam telewizor. Nowy, nowoczesny, z płaskim ekranem i funkcjami „smart”.
Oboje stali, uśmiechali się, czekali na reakcję. A ja nie wiedziałam, co powiedzieć.
— Mamo — zaczęłam cicho — ja już mam telewizor. Stary, ale działa. Ale nie mam mieszkania…
Zapadła cisza. Mama była zakłopotana, tata odwrócił się. Zaczęła mówić coś o tym, że teraz wszystko jest drogie, że wtedy mieli oszczędności, a teraz nie, że oboje z mężem pracujemy, że wynajmowanie mieszkania to nic złego, że nie są nam nic winni…
A ja nawet nie kłóciłam się. Po prostu uśmiechnęłam się, podziękowałam i odstawiłam pudełko w kąt. Ale w środku coś pękło. Nie z powodu samego mieszkania.
Ale z powodu tego uczucia: że cię kochają, ale nie na tyle. Że jesteś potrzebna, ale nie jesteś priorytetem. Zawsze byłaś „sama sobie wystarczająca”, „sama sobie poradzisz”, „sama zarobisz”.
A brat – „mu jest trudniej”, „mu trzeba pomóc”, „on jest mężczyzną, na nim spoczywa odpowiedzialność”.
I wtedy po raz pierwszy w życiu poczułam się obca we własnej rodzinie.
Teraz rzadziej się widujemy. Przychodzę w odwiedziny, kiedy mnie zapraszają. Udaję, że wszystko jest w porządku. Rozmawiam o pracy, pogodzie, nowościach. Czasami mama pyta:
— Dlaczego jesteś taka cicha?
A ja tylko się uśmiecham. Bo co mam powiedzieć? Że milczenie jest lepsze niż prawda? Że oddałam telewizor siostrzeńcowi? Że moja
miłość do rodziców nie zniknęła, ale stała się inna?
Że nauczyłam się nie czekać — ani na prezenty, ani na wsparcie, ani na sprawiedliwość?
Jestem już dorosła. Naprawdę radzę sobie sama. Po prostu chciałam choć raz w życiu nie być silna. Chciałam być córką, którą po prostu kochają. Nie za charakter, nie za sukcesy. Po prostu tak.