Mieszkanie, do którego wprowadziliśmy się zaraz po ślubie, jest w pięćdziesięciu procentach własnością mojej teściowej i w pięćdziesięciu procentach mojego męża.
Gdyby jego matka tu mieszkała, nie myślelibyśmy o przeprowadzce, wynajęlibyśmy mieszkanie i oszczędzali na własne lokum.
Ale w tamtym czasie moja teściowa była już mężatką, więc nie mieszkała w domu, przeprowadziła się do wygodniejszego domu swojego nowego męża.
Zaproponowała nam, żebyśmy zajęli jej mieszkanie, żebyśmy nie musieli wydawać dodatkowych pieniędzy na czynsz i płacić rachunków za media. Spodobała mi się ta oferta, to była dobra okazja, aby jak najszybciej kupić własną nieruchomość.
Muszę przyznać, że nie był to najlepszy pomysł, bo posiadanie znajomego dachu nad głową dość mocno rozluźniło mojego męża w kwestii oszczędzania. Coś tam zaoszczędziliśmy, ale znacznie mniej niż mogliśmy.

Mąż przekonywał mnie, gdy próbowałam zacząć rozmowę o powolnym tempie oszczędzania na zaliczkę, że teraz mamy okazję trochę pożyć dla siebie, bo potem weźmiemy kredyt, potem dzieci pójdą i tyle, nie będziemy mogli oddychać do emerytury.
A potem będziemy mieli wnuki, czyli znowu będziemy mieli trudności. Moja mama mieszka osobno, mamy dach nad głową – to najlepszy czas, lepiej nie będzie.
Powinnam upierać się przy swoim, ale jego słowa były tak kuszące, że się zgodziłam. Pojechaliśmy na wakacje, zaktualizowaliśmy nasze gadżety i zdecydowaliśmy, że czas zacząć się pakować, kiedy matka mojego męża spadła nam na głowę ze swoimi rzeczami.
Pokłóciła się z mężem, obraziła się na niego, chwyciła swoje rzeczy i pognała do swojego miejsca zamieszkania. Zaskoczenie samo w sobie było niemiłe, bo mieszkanie z teściową nie było w moich planach. Okazało się też, że miała temperament daleki od cukru.
Gdy spotykaliśmy się sporadycznie, wydawała mi się pogodną i wyluzowaną kobietą, z którą bardzo przyjemnie się rozmawiało.
Ale to pod warunkiem, że nie mieszka się z kimś w jednym domu. Tutaj od razu zaczęła nam dokręcać śrubę. Miała na to czas – jej teściowa nie pracuje. Zostawiła nas, jak tylko wyszła za mąż.
Rano krzyczała, że przeszkadzamy jej spać naszymi spotkaniami, a wieczorem nie mogliśmy wejść do łazienki, bo lubiła długo i ze smakiem wylegiwać się w pachnącej wodzie.
Oczywiście inaczej gotowałam, inaczej sprzątałam i według matki mojego męża robiłam wszystko, żeby ją rozzłościć i wkurzyć.
Sama nie zawracała sobie głowy pracami domowymi, bo „po co mam się wami zajmować, dwoje dorosłych ludzi”. I nie miała na to czasu. Przeklinała męża przez telefon.
Ponieważ teściowa nie pracuje, musieliśmy też kupować artykuły spożywcze i inne rzeczy. Próby jakiegoś przywrócenia sprawiedliwości kończyły się skandalem i okrzykami „mieszkasz w moim mieszkaniu”.
Nawet argument, że połowa mieszkania należy do męża nie działał. Teściowa zaczynała krzyczeć, że nie zapłacił za nie ani grosza i że stał się właścicielem, bo jego ojciec zapisał swoją część synowi podczas rozwodu. A ona na to zapracowała ciężką pracą.
Mój mąż starał się nie angażować w kłótnie z moją matką, włączając się tylko wtedy, gdy jego zdaniem całkowicie przesadzała. W takich momentach byłam gotowa uciec z domu, bo nie mogłam już tego znieść.
Kiedy jej mąż przyjechał i zabrał matkę mojego męża do domu, byłam gotowa płakać ze szczęścia. Te dwa tygodnie piekła wydawały się wiecznością.
Tak, mojej teściowej udało się zorganizować cały opisany wyżej koszmar w dwa tygodnie. Miała mnóstwo czasu i energii, więc codziennie odbywały się u nas „wakacyjne koncerty”.
Miałam nadzieję, że to jednorazowy przypadek i więcej się nie powtórzy, ale moje nadzieje prysły dwa miesiące później. Wtedy jednak koszmar skończył się już po tygodniu.
Ale wtedy w naszych drzwiach pojawiła się moja teściowa. Oczywiście zarówno moja teściowa, jak i jej mąż lubili to, rodzaj osobistej pikanterii w związku.
Wizyty teściowej stawały się dla mnie coraz trudniejsze. Cóż, nie mogę się do niej przyzwyczaić, cierpieć przez dzień czy dwa to jedno, ale żyć w takim rytmie namiętności i skandali, które nieustannie szaleją – przepraszam, nie jestem do tego przyzwyczajona.
Mojemu mężowi jest łatwiej, doskonale zna temperament swojej matki, ale jemu też czasem udaje się zirytować.
Ale właśnie dlatego, że mniej go dotykają dziwactwa matki, nie chce się zgodzić na przeprowadzkę do innego mieszkania. Nosiłam się z tym pomysłem już od dwóch miesięcy, od ostatniej wizyty teściowej.
Rozumiem, że oszczędzanie potrwa dłużej, bo musimy płacić czynsz, a teściowa może to odebrać po swojemu i się obrazić, ale nie mogę dłużej mieszkać w tym domu wariatów nazwanym imieniem matki mojego męża.