Zawsze uważałam, że życie rodzinne opiera się na zaufaniu. Z Igorem byliśmy razem ponad dwadzieścia lat, wychowaliśmy syna, przeszliśmy przez trudności finansowe, choroby, przeprowadzki.
I to wszystko ramię w ramię. Nawet w najgorszych snach nie mogłam sobie wyobrazić, że jest zdolny do zdrady. Ale chyba każda kobieta ma taki dzień, kiedy jej świat wywraca się do góry nogami.
Stało się to przypadkiem. Przeglądałam rzeczy w szafie — chciałam oddać część starych ubrań na cele charytatywne.
I wśród koszul męża znalazłam małą zwiniętą kartkę. Najpierw pomyślałam, że to lista zakupów. Ale kiedy ją rozwinęłam, przeczytałam:
„Igor, dziękuję za wczorajszy wieczór. Coś najlepszego, co mi się przydarzyło. Czekam na ciebie w piątek. Całuję. O.”.
Poczułam się tak źle, że ziemia zatrzęsła się pod moimi stopami. Serce biło jak po maratonie. Przeczytałam notatkę kilka razy, jakby mając nadzieję, że znajdzie się tam coś innego.
Ale słowa były proste i zrozumiałe. Nie były napisane do mnie. I na pewno nie przez przyjaciółkę z dzieciństwa.
Pierwsza myśl — podbiec do Igora, pokazać mu ten skrawek papieru i zażądać wyjaśnień. Ale potem usiadłam na kanapie i zrozumiałam: jeśli teraz zacznę krzyczeć, on wszystko zaprzeczy.
Powie, że to koleżanka żartowała. Że wszystko źle zrozumiałam. A ja zostanę winna — bo „znajduję i grzebię w cudzych rzeczach”.
Kiedy wrócił tego wieczoru, starałam się zachowywać jak zawsze. Ale w środku miałam ogień. Słuchałam każdego jego słowa, każdej intonacji. I wtedy powiedział:
— Natalu, muszę pojechać do przyjaciela na tydzień. Ma tam problemy z budową, pomogę mu.
Prawie roześmiałam się mu w twarz. Do przyjaciela? Już wiedziałam, do kogo pojedzie. I wcale nie będzie tam nosił cegieł. Ale tylko skinęłam głową i cicho odpowiedziałam:
— Dobrze.
Całą noc nie spałam. W głowie krążyły mi dwa scenariusze: albo robię awanturę i być może ratuję małżeństwo (o ile w ogóle da się je uratować), albo milczę i czekam, aż sam zaplącze się we własne kłamstwa.
Wybrałam drugą opcję. Być może brzmi to jak słabość, ale chciałam zobaczyć, jak daleko się posunie.
Kilka dni później, kiedy już „pomagał przyjacielowi”, znalazłam w jego kieszeni rachunek z restauracji. Dwie porcje makaronu, butelka wina, deser dla dwojga.
W komentarzach do transakcji bankowej napisał z jakiegoś powodu „Ola”. Nie musiałam być detektywem, żeby zrozumieć – to właśnie ona. Ta sama „O.”, która pisze notatki.
Mogłam zadzwonić, jednym ruchem zrujnować życie im obojgu. Ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłam. Być może dlatego, że chciałam, żeby sam zrozumiał, że wiem. Żeby sumienie (jeśli jeszcze mu zostało) zaczęło go dręczyć.
Kiedy wrócił, nie zapytałam o nic. Tylko uważnie patrzyłam mu w oczy. A on, wydaje się, nie wytrzymywał tego spojrzenia — odwracał wzrok, kręcił się, mówił o pogodzie.
I wtedy zrozumiałam, że największą karą dla niego nie są krzyki ani sceny, ale cisza.
Mieszkam obok niego, gotuję, rozmawiam, ale między nami jest teraz mur. On to czuje. A ja czekam na moment, kiedy będę mogła zdecydować, co dalej robić.
Bo czasami straszniejsze jest nie to, kiedy kobieta krzyczy, ale kiedy milczy i patrzy prosto w oczy.