Zawsze pomagałam dzieciom, jak tylko mogłam, i tym razem nie odmówiłam córce sporej sumy pieniędzy, kiedy rozwodziła się ze swoim drugim mężem. Teraz rozumiem, że nikt mi ich nie odda

Zawsze byłam tą, do której się dzwoni, kiedy coś się wali. Nie tą, do której się dzwoni, żeby zapytać, jak się czuje. Raczej tą „od ratowania”.

Przez lata myślałam, że tak właśnie wygląda macierzyństwo — być w gotowości, nawet wtedy, gdy sama ledwo stoję na nogach.

Kiedy córka po raz drugi wychodziła za mąż, byłam ostrożna. Nie okazywałam tego głośno, ale gdzieś w środku czułam niepokój.

— Mamo, tym razem to jest coś poważnego — zapewniała mnie wtedy.

Kiwnęłam głową. Chciałam wierzyć.

Screen IStockphoto

Rozwód przyszedł szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. Telefon zadzwonił w środku dnia.

— Mamo, nie wiem, co robić — usłyszałam zapłakany głos. — On odszedł. Zostawił mnie z długami.

Przyjechała wieczorem. Siedziałyśmy przy stole, a ona mówiła chaotycznie, urywanymi zdaniami, jakby bała się, że jeśli się zatrzyma,
to się rozsypie.

— Wszystko było na niego… kredyty, umowy… ja nawet nie wiedziałam, ile tego jest.

Słuchałam i w głowie miałam tylko jedno: to moje dziecko. Nieważne, ile ma lat. Nieważne, że to jej drugie małżeństwo. Dla mnie nadal była tą dziewczynką, która bała się burzy.

— Potrzebuję pomocy — powiedziała w końcu cicho. — Tylko na jakiś czas.

Pieniądze miałam. Nie ogromne, ale wystarczające. Oszczędzałam je latami. Z myślą, że kiedyś przyjdzie moment, gdy sama będę ich
potrzebować. Ale wtedy wydawało mi się, że ten moment jeszcze daleko.

— Oddam ci wszystko — zapewniała. — Jak tylko stanę na nogi.

Przelałam pieniądze następnego dnia. Nawet nie poczułam ulgi. Raczej coś w rodzaju pustki, jakby to nie były tylko pieniądze, ale
kawałek mojego bezpieczeństwa.

Przez pierwsze tygodnie była wdzięczna. Dzwoniła, pisała, opowiadała o sprawach rozwodowych, o planach.

— Bez ciebie bym sobie nie poradziła — powtarzała.

Z czasem rozmowy stały się krótsze. Rzadziej odbierała. Zawsze była czymś zajęta.

— Spotkanie.

— Urząd.

— Muszę lecieć.

Pewnego dnia zobaczyłam ją przypadkiem w kawiarni. Siedziała z koleżankami, śmiała się. Na stole stało wino. Uśmiechnęła się, kiedy mnie zobaczyła, ale w jej oczach pojawiło się coś dziwnego — jakby zakłopotanie.

— Oddzwonię, dobrze? — rzuciła szybko.

Nie oddzwoniła.

Minęły miesiące. Ja zaczęłam się martwić. Rachunki rosły, zdrowie zaczęło szwankować. Zaczęłam myśleć o tych pieniądzach nie jako o
„pomocy”, ale jako o czymś, co naprawdę było mi potrzebne.

Zadzwoniłam.

— Córeczko, chciałam zapytać, jak u ciebie z pracą — zaczęłam ostrożnie.

— Normalnie — odpowiedziała chłodno.

— A te pieniądze… może chociaż część?

Zapadła cisza.

— Mamo, naprawdę teraz? — westchnęła. — Przecież wiesz, że mam swoje wydatki.

— Ale to była pożyczka — powiedziałam.

— Ty zawsze wszystko komplikujesz — odpowiedziała ostrzej. — Myślałam, że pomagasz z serca, a nie na procent.

Zabolało. Nie krzyknęłam. Nie zrobiłam awantury. Po prostu się rozłączyłam.

Od tamtej rozmowy coś we mnie pękło. Zaczęłam analizować całe życie. Ile razy ratowałam. Ile razy brałam na siebie cudze problemy.

Ile razy słyszałam „oddasz później”, „jakoś się ułoży”.

Syn powiedział mi kiedyś:

— Mamo, ty zawsze jesteś ostatnia.

Wtedy uznałam to za wyrzut. Dziś wiem, że to była prawda.

Kilka tygodni temu dowiedziałam się od kogoś obcego, że córka planuje wyjazd za granicę. Na wakacje. Drogie. Długie. Beze mnie w tych
planach.

Zrozumiałam wtedy coś bardzo prostego i bardzo bolesnego: tych pieniędzy już nie ma. Nie dlatego, że nie istnieją. Ale dlatego, że w jej głowie nigdy nie były do oddania.

Byłam matką. Bankiem. Ratunkiem.

Nigdy partnerem do rozmowy o granicach.

Dziś uczę się żyć z tą świadomością. Uczę się mówić „nie”. Nawet jeśli drży mi głos. Nawet jeśli czuję się winna. Bo zrozumiałam
jedno — jeśli zawsze ratujesz innych, w końcu nie będzie już nikogo, kto uratuje ciebie.

Mój mąż i ja żyliśmy w zgodzie i pokoju, dopóki nie urodziłam mu dziecka. Wtedy powiedział, że przestałam poświęcać mu czas: „Nie kochasz mnie, syn jest dla ciebie najważniejszy”

W święta noworoczne miałam nadzieję, że będę w gronie mojej rodziny, ale mój mąż postanowił spędzić ten wieczór z rodzicami, których zaprosił bez uprzedzenia

Kiedy dowiedziałam się, że mój mąż ma kochankę, nie miałam pojęcia, że ich związek trwa już ponad 10 lat i że on ją kocha: „Nie zostawiłem cię, bo nie miałem własnego mieszkania, ale teraz już mam”