Wszyscy wokół cieszyli się, że znalazłam sobie taką udaną osobę, oprócz mnie. Nie od razu zrozumiałam, że szczęście nie polega na pieniądzach

Kiedy dziś patrzę wstecz, trudno mi uwierzyć, jak bardzo dałam się ponieść cudzym zachwytom. Nie swoim uczuciom, nie wewnętrznemu głosowi, tylko temu, co mówili inni.

Bo wszyscy wokół byli zgodni: „Trafiłaś jak w totka”, „Takiego mężczyzny ze świecą szukać”, „Masz szczęście, nie zmarnuj go”. Tylko ja jakoś tego szczęścia nie czułam. Ale wtedy jeszcze nie umiałam nazwać tego niepokoju.

Poznaliśmy się na przyjęciu u wspólnych znajomych. On był pewny siebie, elegancki, mówił spokojnie, bez zbędnych emocji. Nie próbował mnie rozbawić ani oczarować.

Raczej sprawiał wrażenie kogoś, kto wie, że robi dobre wrażenie. Później dowiedziałam się, że to cecha ludzi, którzy są przyzwyczajeni do sukcesu.

— Czym się zajmujesz? — zapytał.

Screen IStockphoto

— Pracuję w księgowości — odpowiedziałam.

— Aha — skinął głową, jakby odhaczał punkt na liście.

Już wtedy coś mnie ukłuło. Ale zaraz pomyślałam, że przesadzam.

Kiedy zaczęliśmy się spotykać, szybko wyszło na jaw, że pieniądze nie są dla niego problemem. Restauracje, wyjazdy, drogie wino, prezenty, o których nawet nie marzyłam. Moja mama była zachwycona.

— W końcu ktoś porządny — mówiła. — Stabilny, ustawiony, nie jak ci poprzedni.

Przyjaciółki zazdrościły.

— Złapałaś pana idealnego.

— Takich facetów już nie ma.

A ja coraz częściej łapałam się na tym, że przy nim czuję się… mała. Jakbym była dodatkiem do jego życia, a nie kimś, kto współtworzy
wspólną rzeczywistość.

— Nie musisz pracować, jeśli nie chcesz — powiedział pewnego dnia.

— Ale ja lubię swoją pracę.

— Bez sensu. Ja zarabiam wystarczająco.

Nie zapytał, co ja o tym myślę. Po prostu oznajmił.

Z czasem zauważyłam, że jego hojność ma swoją cenę. Wszystko było „jego”: mieszkanie, samochód, decyzje, plany. Nawet wakacje.

— W sierpniu jedziemy do Włoch — oznajmił.

— A może byśmy pojechali w góry? — zaproponowałam ostrożnie.

— Nie przepadam za górami. Włochy są lepsze.

Temat był zamknięty.

Ludzie mówili:

— Czego ty jeszcze chcesz? Masz wszystko.

I może właśnie w tym był problem. Miałam wszystko… oprócz poczucia, że jestem widziana i słyszana.

Kiedy się wprowadziliśmy razem, zaczęłam czuć, że moje życie powoli przestaje należeć do mnie. Moje rzeczy gdzieś ginęły w jego idealnie uporządkowanej przestrzeni. Moje nawyki były „niepraktyczne”. Moje emocje — „niepotrzebne”.

— Po co się tak przejmujesz? — mówił.

— Bo to dla mnie ważne.

— Musisz nauczyć się dystansu.

On miał dystans do wszystkiego. Do ludzi. Do uczuć. Do mnie.

Najbardziej bolały sytuacje, kiedy przy innych był idealnym partnerem. Uprzejmy, spokojny, uśmiechnięty.

— Masz szczęście — słyszałam ciągle.

— Dbaj o nią — mówili mu koledzy.

— Staram się — odpowiadał, ściskając moją dłoń.

A ja czułam, że ten gest jest tylko dla publiczności.

Pewnego wieczoru wróciłam zmęczona z pracy. Miałam zły dzień, chciałam się wygadać.

— Źle się czuję — powiedziałam.

— Coś konkretnego?

— Po prostu… potrzebuję, żebyś mnie wysłuchał.

— Teraz? Jestem zajęty.

Siedział przy laptopie, przeglądając wykresy. Dla nich miał czas. Dla mnie — nie.

Zaczęłam coraz częściej płakać w łazience, po cichu, żeby nie słyszał. Bo kiedy widział łzy, reagował irytacją.

— Znowu dramatyzujesz.

— Nie rozumiem, czego ci brakuje.

A mnie brakowało rzeczy, których nie da się kupić.

Czułości. Zwykłego „jak się czujesz?”. Zainteresowania. Obecności.

Przełom przyszedł niespodziewanie. Spotkałam dawną koleżankę. Była po rozwodzie, mieszkała skromnie, pracowała dużo. Ale kiedy mówiła
o swoim życiu, w jej oczach było coś, czego dawno u siebie nie widziałam.

Spokój.

— A ty? — zapytała. — Jesteś szczęśliwa?

To pytanie zbiło mnie z tropu. Nie potrafiłam odpowiedzieć od razu.

— Mam wszystko — powiedziałam w końcu.

— Nie o to pytałam — uśmiechnęła się smutno.

W drodze do domu myślałam tylko o tym jednym pytaniu. Szczęśliwa. Nie „zabezpieczona”. Nie „ustawiona”. Szczęśliwa.

Kilka dni później powiedziałam mu, że czuję się samotna.

— Samotna? Przy mnie? — zdziwił się.

— Tak.

— To absurd.

Nie zapytał dlaczego. Uznał, że moje uczucia są błędem logicznym.

— Wiesz, ile kobiet chciałoby być na twoim miejscu? — dodał.

— Ale one nie są mną — odpowiedziałam cicho.

Pierwszy raz nie zbył tego milczeniem. Spojrzał na mnie długo, jakby próbował mnie zrozumieć… albo ocenić.

— Może za bardzo komplikujesz. Szczęście to bezpieczeństwo.

Wtedy dotarło do mnie coś bardzo prostego i bardzo bolesnego. Dla niego szczęście miało wartość liczbową. Konto. Metraż. Status. A
dla mnie — zupełnie inną.

Decyzja dojrzewała we mnie tygodniami. Bałam się reakcji ludzi. Ich komentarzy. Ich „a nie mówiłam?”. Bałam się też tego, czy poradzę sobie sama.

Ale jeszcze bardziej bałam się zostać tam, gdzie moje życie było wygodne, ale puste.

Kiedy powiedziałam, że odchodzę, był w szoku.

— Zostawiasz to wszystko?

— Zostawiam życie, w którym nie ma mnie.

Nie próbował mnie zatrzymać. Może nie umiał. Może nie chciał.

Dziś mieszkam skromniej. Liczę wydatki. Czasem się boję o przyszłość. Ale kiedy wracam do domu, czuję ulgę. Oddycham pełną piersią.
Nikt nie patrzy na mnie z góry. Nikt nie mierzy mojej wartości.

Zrozumiałam jedno: szczęście nie polega na pieniądzach, tylko na tym, czy możesz być sobą obok drugiego człowieka.

A tego nie da się kupić.

Mój mąż po pierwszym telefonie biegnie do swojej byłej żony i robi wszystko, o co ona prosi, a ja nie mogę go namówić, żeby wyrzucił śmieci lub odebrał dziecko z przedszkola

Jestem już zmęczona ciągłym służeniem mężowi, który przez całe życie tylko zdradza i w niczym nie pomaga. Chcę w wieku 45 lat poczuć się wolną kobietą

Mam dwoje dzieci i jedno mieszkanie, które zostawiła mi mama. Oddałam je synowi, bo się żenił, a córka się na mnie obraziła: „Nie chcę z wami ciągle mieszkać, o brata się zatroszczyłaś”