Wieczorem zadzwonił do mnie sąsiad z działki i powiedział, że przyjechał poprzedni właściciel i zebrał całe zbiory jabłek. Postanowiłem porozmawiać ze złodziejem, ale na próżno, powiedział, że to jego ogród i ma do tego pełne prawo

Wieczorem zadzwonił do mnie sąsiad z działki i powiedział, że poprzedni właściciel naszego ogrodu przyjechał i zebrał całe zbiory jabłek.

Chodziło o dziesiątki dużych, soczystych jabłek, które mieliśmy zebrać dopiero za kilka dni. A teraz? Zniknęły. Tak po prostu.

Była to działka, którą odziedziczyłem po dziadku. Jabłonie rosły tam od lat — każda z własną historią, z każdym pniem pamiętającym lato sprzed dziesiątek lat.

I nagle, pewnego popołudnia, dowiaduję się, że ktoś uznał, że ma prawo przyjechać i wszystko wziąć. Telefon od sąsiada brzmiał tak, jakby mówił o pogodzie:

— Słuchaj, kolego… — zaczął — widziałem tego gościa, co kiedyś tu mieszkał. Stał pod twoimi jabłoniami, brał jedno po drugim. Pełne wiadra, koszyki…

Screen freepik

— Nie żartujesz? — odpowiedziałem, nie dowierzając.

— Nie. I kiedy zapytałem, co robi, powiedział, że to jego ogród i ma do tego pełne prawo…

Przez chwilę siedziałem cicho, patrząc w telefon. Myśl za myślą układała się w jedno wielkie pytanie: Co ja teraz mam z tym zrobić?

Nazajutrz wybrałem się tam wcześniej niż zwykle, jeszcze przed świtem. Droga była pusta, powietrze ostre jak brzytwa. Kiedy wszedłem na działkę, zobaczyłem go — poprzedniego właściciela, siedzącego oparty o pień jabłoni, jakby to była jego własna stara ulubiona ławka.

— Dzień dobry — zacząłem spokojnie. — Widzi pan… jabłka zniknęły. Czy mógłby pan… wytłumaczyć?

Popatrzył na mnie, uśmiechnął się lekko i powiedział:

— To mój ogród i mam do tego pełne prawo.

Wtedy poczułem, jak wszystko we mnie narasta — złość, niedowierzanie, jakby cały świat nagle stał się nierówny.

— Przepraszam… — spróbowałem jeszcze raz — Ziemia jest teraz moja. Dziadek przepisał ją na mnie. A jabłka to wynik mojej pracy przez
cały rok.

Uśmiech z jego twarzy nie zniknął:

— Prawo? — powiedział — Możesz mieć swoje dokumenty, ale jabłonie to wspomnienie. A ja mam do nich sentyment. Chciałem tylko je
zebrać, zanim zgniły.

W jego oczach nie było winy. Było przekonanie, jakby to było coś oczywistego. Jakby, mówiąc „sentymen­t”, tłumaczył, że prawo przestaje obowiązywać.

Z trudem powstrzymałem się od krzyku. Nie dlatego, że się bałem — po prostu zrozumiałem, że jeśli powiem coś gwałtownie, stracę swoją twarz, ale i swój spokój.

— Rozumiem — odpowiedziałem powoli — że ma pan sentyment. Ale co z moim prawem? Z moją ciężką pracą, którą tu włożyłem?

— Życie jest trudne — odpowiedział. — Czasem trzeba zrobić coś, co wydaje się być niesprawiedliwe. Ja tylko ratowałem wspomnienia.

Wtedy dotarło do mnie, że dla niego jabłka były symbolem czegoś więcej. Ale czy to upoważniało go do wzięcia wszystkiego, co wypracowałem? Czy sentyment może być ważniejszy niż praca, która trwała miesiącami?

Zszedłem z działki, nie mówiąc nic więcej. Tak, mogłem wezwać policję. Mogłem pójść do sądu. Ale zanim to zrobiłem, chciałem jeszcze raz przemyśleć, czy warto zamieniać spokojne życie w batalię, której cena może być dużo wyższa niż kilka wiader owoców.

Wieczorem usiadłem z żoną przy stole.

— On po prostu uważa, że ma do tego prawo — powiedziałem.

— Prawo? — spytała — Jeśli chodzi o prawo… ty tu jesteś właścicielem. Ale jeśli chodzi o jego „prawo do sentymentów”… hm… to już coś innego.

Pomyślałem wtedy jeszcze raz o jabłkach, o starych pniach drzew i o tym, jak cienka jest granica między tym, co nasze, a tym, co uważamy za „czyjeś”.

Bo on nie widział w tym kradzieży — widział powrót do czegoś dawno utraconego. A ja? Widzę w tym obraz relacji międzyludzkich, które często są trudniejsze niż jakiekolwiek dokumenty czy akty własności.

Dziś wiem jedno:
czasem ludzie wierzą, że mają prawo do tego, co już nie należy do nich — nie dlatego, że prawo im to daje, ale dlatego, że ich serce tego chce.

A zadaniem nas, którzy trzymamy dokumenty w ręku, jest wiedzieć, jak postępować — nie tylko według prawa, ale według własnej godności.

Może jutro wrócę tam ponownie. Nie po to, żeby walczyć — po to, żeby zrozumieć, jak oddzielić pamięć od rzeczywistości i jak chronić swoje granice, nie zamieniając się w kogoś, kogo samemu się kiedyś nie rozpoznało.