Screen youtube
Nie byłam taka. Byłam wierna, spokojna, cierpliwa. Budowałam nasze życie, dbałam o dom, wychowywałam dziecko.
Czekałam na niego z pracy, przygotowywałam kolację, wierzyłam w każde jego słowo. Nie miałam powodu, by nie wierzyć. Aż do tamtego wieczoru.
Telefon leżał na parapecie, ekran migał. On brał prysznic, a ja przechodziłam obok i zobaczyłam: wiadomość. Jedna. Potem kolejna. Nie planowałam patrzeć.
Chciałam tylko położyć telefon na stoliku. Ale wzrok zatrzymał się na słowach: „Kiedy w końcu powiesz jej prawdę?”
Dotknęłam ekranu. Telefon nie był zablokowany. Jakby sam Bóg zdecydował: dowiedz się. I dowiedziałam się.
Nazywała się Lena. Byli razem od dawna. Ponad rok. Korespondencja była czuła, bogata w szczegóły, o których nigdy nie słyszałam.
Pisała: „Śni mi się, jak wszyscy razem jemy kolację – ty, ja, nasza córeczka. Ona pyta: „To tata?”, a ja odpowiadam: „Tak, kochanie, teraz jest z nami”.
Trzymałam telefon i nie oddychałam. Z łazienki dochodził szum wody. W powietrzu pachniało szamponem i miętą. Mój mąż mył głowę, nucąc pod nosem – jak zwykle.
A ja stałam w kuchni, jakby coś we mnie pękło. Jak struna, która była napinana przez lata i nagle pękła.
Pisała, że zmęczyło ją czekanie. Że nie chce już być „kobietą w cieniu”. Że i tak dała mu wiele – urodziła dziecko, znosiła jego wymówki, ukrywała się.
Że chce żyć naprawdę. Że córka podrosła i zaczyna pytać, dlaczego tata nie nocuje z nimi. I że nie może już mówić: „Jest zajęty”, bo dziecko nie jest głupie.
A on… Odpowiadał ostrożnie. Obiecywał, że jeszcze trochę. Że wszystko jest skomplikowane. Że żona „nie jest sobą”, że teraz nie jest odpowiedni moment. Że nie chce zranić dziecka. Naszej, prawdziwej córki. Bo ona też była w jego korespondencji. Moja córka.
Jeszcze wczoraj siadała mu na kolanach, opowiadała o nowościach ze szkoły, budowała z nim domki z poduszek. I która nie wiedziała, że tata ma inną dziewczynkę – gdzieś tam, po drugiej stronie miasta.
I że tam być może też stoi łóżeczko, zabawki, dziecięce rysunki z podpisem „Dla taty”.
Nie robiłam scen. Kiedy wyszedł spod prysznica, siedziałam już na kanapie. Telefon leżał przede mną. Powiedziałam tylko jedno:
— Widziałam.
Nie zapytał: „Co dokładnie?”. Nie zaprzeczał, nie usprawiedliwiał się. Tylko usiadł obok i w milczeniu opuścił głowę. A ta cisza bolała bardziej niż jakiekolwiek słowa.
Bo oznaczała, że to wszystko prawda. Że to nie bzdura, nie przypadek. Że prowadzi podwójne życie i nawet nie próbował zachować mojej wiary w niego.
Potem było wiele rzeczy. Rozmowy. Wyjaśnienia. Przeprosiny. Płakałam nocami, nie jadłam, nie mogłam patrzeć w lustro. Czułam się oszukana, upokorzona, zniszczona.
Ale najgorsze było uświadomienie sobie, że nie wiem, jak dalej żyć. Bo moja rzeczywistość się rozpadła. Bo mężczyzna, z którym przeżyłam tyle lat, okazał się nie tym, za kogo go uważałam.
Nie wiem, czy mu wybaczę. Nie wiem, czy zostaniemy razem. Nie jestem pewna, czy w ogóle jestem teraz w stanie komuś zaufać.
Ale jedno wiem na pewno: kobieta, która latami czeka na rozwód drugiego – nie jest zwycięzcą. Jest również ofiarą. Tak jak ta, którą oszukują.
Wszyscy jesteśmy w tej samej pułapce. A najstraszniejsze jest to, że często sami zamykamy się w niej od środka, usprawiedliwiając cudzą zdradę cudzymi lękami.
Kiedy mama poprosiła mnie, żebym pozwolił bratu zamieszkać w naszym mieszkaniu, długo się wahałem. Wiecie,…
Teściowa zawsze miała zwyczaj wtrącać się w nasze życie. Mogła zadzwonić w środku nocy i…
Kiedy dowiedziałem się, że moja żona ma romans ze swoim szefem, początkowo nie uwierzyłem. Wydawało…
Mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu, liczyliśmy grosze na opłaty za media, razem zbieraliśmy pieniądze na zakupy,…
Ojciec opuścił rodzinę, kiedy byłem jeszcze bardzo mały. Teraz, kiedy jest stary, chce, żeby zaopiekował…
Długo odkładaliśmy pieniądze, odmawialiśmy sobie wypoczynku, pracowaliśmy na dwa etaty, ale nie przestawaliśmy marzyć o…