Kiedy mój Alan przyprowadził do domu Martę, szczerze starałam się ją zaakceptować.
Wydawała mi się nieco oschła, powściągliwa, ale nie martwiłam się o siebie — martwiłam się o niego.
O swojego syna, którego wychowywałam sama, z łyżką w jednej ręce i rondlem w drugiej.
Nigdy nie chodził głodny. Gotowałam barszcz, smażyłam kotlety, piekłam pierogi z kapustą, które tak bardzo lubił jeszcze ze szkoły.
Wszystko — z domu, z ciepłem, z miłością.
A teraz? Przychodzę z wizytą — w lodówce jest mleko sojowe, jakieś nasiona, mikro zioła.
— A gdzie barszcz? — pytam.
— Nie jemy takich rzeczy — śmieje się Marta. — To ciężkie jedzenie.
Ciężkie? A spróbuj wnieść worek ziemniaków na czwarte piętro bez windy. To dopiero ciężka praca! A barszcz to dusza.
Milczałam. Milczałam miesiącami. Ale kiedy mój Alan — mój chłopiec — przyjechał do mnie i z takim apetytem zjadł zupę, że aż wypadła mu łyżka z ręki, nie powstrzymałam się.
— Dlaczego nie gotujesz mu domowego posiłku? — zwróciłam się do Marty.
A ona bez mrugnięcia okiem odpowiedziała:
— Nie jestem zawodową kucharką. A on i tak dobrze je, nie narzeka.
Nie jestem kucharką…
Jakby miłość mierzyła się zawodem.
Ale ja nie byłam kucharzem. Byłam nauczycielką, księgową, nianią, sprzątaczką, kierowcą i pielęgniarką. Bo mama to wszystko naraz. I nie gotowałam, bo musiałam. Gotowałam, bo kochałam.
Wiecie, co boli najbardziej? Że on milczy. Nie broni. Nie mówi: „Mamo, masz rację”. Nie mówi też przeciwnego. Po prostu chowa oczy.
A ja chciałam tylko, żeby mój syn był nakarmiony. Żeby czuł troskę w każdej łyżce, tak jak kiedyś.
A teraz nazywają mnie „starą zakwaską”. Jestem przestarzała, bo kocham domowe jedzenie. Bo się troszczę.
Bo nie umiem milczeć, kiedy moje dziecko je jakąś mrożoną pastę z pudełka, bo „tak jest wygodniej”.
Nie proszę o wiele. Tylko żeby chociaż czasami powiedział:
— Mamo, pamiętam, jak pachniały twoje pierogi. I nie ma nic lepszego na świecie.