Od samego początku czułam, że w tym domu nie jestem synową. Jestem dodatkiem. Kimś pomiędzy sprzątaczką, kucharką i cichym tłem do życia mojej teściowej i jej syna.
Kiedy po ślubie zamieszkaliśmy razem „na chwilę, żeby się ustawić”, jeszcze wierzyłam, że to przejściowe. Że wystarczy cierpliwość.
Że miłość wszystko poukłada.
Pierwszego poranka usłyszałam zza drzwi kuchni:
— Wstawaj, dziecko, mężczyzna nie będzie czekał na śniadanie.

„Dziecko” — powiedziała do mnie kobieta, która od pierwszego dnia patrzyła, czy dobrze wycieram stół i ile masła kładę na chleb jej syna.
On siedział przy stole, czytał wiadomości w telefonie i nawet nie podniósł wzroku. Jakby to było oczywiste. Jakby to było
normalne.
Z czasem lista moich obowiązków rosła. Pranie — moje. Gotowanie — moje. Zakupy — moje, bo „ty lepiej wybierzesz”. Opieka nad teściową, kiedy bolały ją nogi — oczywiście też moja.
— Kobieta powinna dbać o dom — mówiła. — Ja swojego syna tak wychowałam.
Czasem próbowałam rozmawiać z mężem.
— Czuję się tu jak służąca — powiedziałam raz, cicho, wieczorem.
Westchnął.
— Przesadzasz. Mama już taka jest. Musisz się przyzwyczaić.
Najbardziej bolało to „musisz”. Jakby moje życie było już ustalone. Jakby moją rolą było służyć — im obojgu.
Pewnego dnia teściowa powiedziała to wprost, bez wstydu:
— Dobrze, że cię mam. Przynajmniej wiem, że mój syn jest najedzony i zadbany. Ty jesteś teraz odpowiedzialna za nasz dom.
„Nasz”. Nie „wasz”. Nie „twój i jego”. Jej. Zawsze jej.
Zaczęłam znikać. Przestałam spotykać się z przyjaciółkami, bo „kto zrobi obiad”. Przestałam dzwonić do mamy, bo „nie mamy czasu na
gadanie”. Przestałam być sobą. Byłam zmęczona, rozdrażniona, pusta.
Przełom przyszedł banalnie. Wróciłam z pracy później, zmęczona, z bólem głowy. W kuchni czekała teściowa.
— Dlaczego zupa jeszcze nie gotowa? — zapytała ostro. — Mój syn zaraz wróci.
Wtedy coś we mnie pękło.
— Nie ugotuję dziś — powiedziałam spokojnie. — Jestem zmęczona.
Zapadła cisza. A potem jej głos, lodowaty:
— Co ty sobie wyobrażasz? Myślisz, że tu przyszłaś odpoczywać?
Spojrzałam na męża. Czekałam. Na jedno zdanie. Na obronę. Na „mamo, wystarczy”. On spuścił wzrok.
Tej nocy nie spałam. Rano spakowałam torbę. Kiedy teściowa zobaczyła mnie w przedpokoju, uśmiechnęła się krzywo.
— Dokąd idziesz?
— Odchodzę — odpowiedziałam. — Nie będę waszą służącą.
Wybuchła.
— Pożałujesz! — krzyczała. — Zostawiasz mnie i mojego syna! Myślisz, że sobie poradzisz sama?
Mąż stał obok. Milczał.
Wyszłam bez sceny. Bez płaczu. Na schodach trzęsły mi się ręce, ale czułam coś nowego — ulgę. Strach, ale i wolność.
Dziś wynajmuję małe mieszkanie. Sama decyduję, kiedy gotuję i czy w ogóle gotuję. Nikt nie sprawdza, czy zupa jest wystarczająco
gorąca. Czasem jest mi ciężko. Ale kiedy zasypiam, wiem jedno — nie jestem już niczyją służącą.
A te słowa teściowej? „Pożałujesz”?
Nie pożałowałam ani jednego dnia.