Nie wierzyłam własnym oczom, kiedy zobaczyłam, że w szafie, którą od lat dzielę z teściową, brakuje moich rzeczy — ulubionych swetrów, kilku bluzek, kosmetyków, a nawet drobnych pamiątek, które trzymałam tam od lat.
Myślałam najpierw, że to jakiś koszmar lub że po prostu się pomyliłam. Ale potem usłyszałam odpowiedź, która zmroziła mi krew w żyłach.
Kilka dni wcześniej zostałam zaproszona na kawę do teściowej. Miałam nadzieję na spokojne popołudnie przy ciastku i wspomnieniach o dawnych czasach.
Ale nie spodziewałam się, że to, co miało być miłe, zamieni się w jedną z najdziwniejszych rozmów, jakie kiedykolwiek przeprowadziłam.
— Kochana, widziałam, że masz trochę za dużo tych rzeczy — zaczęła, jakby mówiła o pogodzie — więc pomyślałam, że podzielę się z kimś, kto tego potrzebuje.

— Podzieliłaś się czym dokładnie? — zapytałam, nieco rozbawiona tą „dyskusją o rzeczach”.
— Twoją kurtką, kilka bluzek, kosmetyki Marty… no wiesz, przyda się, a i tak masz ich sporo — odpowiedziała bez wahania.
Moje dłonie zaczęły drżeć.
— Chwileczkę… co ty właśnie powiedziałaś? — zapytałam spokojnie, choć w środku wszystko we mnie krzyczało.
— No zobacz, ile kolorów masz tych swetrów… niektóre nawet nie były noszone! Myślę, że Marta będzie z tego bardzo zadowolona.
Stałam jak wryta, próbując ogarnąć fakt, że ktoś bez mojej zgody wziął moje rzeczy i daje je innej osobie, tłumacząc to… moją
„obfitością”.
— To moje rzeczy… — powiedziałam powoli — i chyba powinnam o tym decydować ja.
Jej odpowiedź brzmiała jak wyrok:
— Nie przesadzaj, są niepotrzebne. A poza tym Marta nie ma zbyt dużo… Ty masz ich i tak dużo.
Usłyszałam to jak cichy, aczkolwiek głęboki cios. Bo nie chodziło o ubrania. Chodziło o granice mojego życia, które nagle stały się
jakby nie moje, tylko ogólne do rozdysponowania.
Kiedy wróciłam do domu, zaczęłam szukać swoich rzeczy w innych szafach i pudłach — jakby może przez pomyłkę ktoś je tam schował. Ale
nie. Tam ich już nie było.
Usiadłam na łóżku i po raz pierwszy w życiu poczułam się jak intruz we własnym życiu.
Wieczorem zadzwoniłam do męża, który był wtedy w pracy:
— Słuchaj… teściowa po prostu… wzięła moje rzeczy i dała je swojej córce.
— Co? — usłyszałam w jego głosie zdziwienie, ale potem cisza. — Przecież mówiła, że to tylko „rzeczy, których nie nosisz”.
— Moje rzeczy! — odpowiedziałam — Co to za logika? Ja decyduję, co noszę i kiedy!
Nie usłyszałam jednak zdecydowanego wsparcia.
— Może faktycznie miała rację… — zaczął ostrożnie — Nie chodzi o kurtkę, ale… może warto czasem się dzielić.
I wtedy poczułam, że to już nie jest kwestia kurtki. To była kwestia tego, kim dla nich jestem w tej relacji — kimś, kto ma „za dużo”
i kto nie ma prawa decydować o własnych rzeczach.
Najgorsze było to, że nikt nie poczuwał się do odpowiedzialności. Nikt nie zapytał: „Czy to jest ok?” Nikt nie powiedział:
„Przepraszam, powinnam zapytać.” Zamiast tego usłyszałam: „Masz dużo, więc się nie gniewaj.”
Następnego dnia pojechałam z synową do sklepu po zakupy. Chciałam przejść to w ciszy, nie robić scen. Myślałam, że może rozmowa łagodna, kobieca, skończy się dobrze.
— Mamo, ta kurtka wyglądała fajnie… — zaczęła synowa niepewnie — Też bym taką chciała.
— Tak? — zapytałam spokojnie — To może powiedz mi, że ją chcesz, a ja sama ci ją kupię.
Ona spojrzała na mnie tak, jakby nigdy wcześniej nie usłyszała takiej propozycji.
— No wiesz… teściowa mówiła, że pasuje…
— Ale ja jej nie dałam — odparłam — „teściowa” nie ma prawa decydować o tym, co jest moje.
Wtedy spojrzeliśmy na siebie obie — ja i ona — i zobaczyłam, że ona też nie wie, jak w tej sytuacji się zachować. Jej oczy były pełne zakłopotania, nie złości. To mnie zadziwiło bardziej niż sama kradzież moich rzeczy.
Gdy wróciłam do domu, usiadłam przy stole i długo patrzyłam w pustą przestrzeń. I wtedy zaczęłam mówić na głos — najpierw cicho,
potem coraz głośniej — o tym, co mnie boli:
— Nie chodzi o kurtki, bluzki czy kosmetyki. Chodzi o to, że nikt mnie nie zapytał. Nie usłyszałam „czy mogę to zrobić, czy tego
chcesz?” Zamiast tego usłyszałam, że mam „za dużo” i powinnam się dzielić… jakby moje granice były czyimś dobrym żartem.
To był moment, w którym po raz pierwszy poczułam, że muszę wyrazić to, co naprawdę czuję — nie złością, nie krzykiem, ale prawdziwym, spokojnym żalem.
Kilka dni później zadzwoniłam do teściowej i powiedziałam:
— Chcę, żebyśmy porozmawiały. O tym, co się stało. I chcę, żebyś mnie wysłuchała. Nie tylko oceniała.
Była chwila ciszy. Potem usłyszałam:
— Dobrze. Posłucham.
Tak, może jej słowa nie zmienią świata. Może nie odzyskam tych rzeczy. Ale wiem jedno: nikt nie ma prawa decydować o moich granicach
bez pytania mnie o zgodę.
Bo dzielenie się to nie tylko dawanie — to też słuchanie drugiej osoby.