screen Youtube
Wcześniej byliśmy małżeństwem przez trzy lata i nie mieliśmy żadnych problemów, a potem było tak, jakby ktoś otworzył wrota i wszystko wlało się na raz.
Irytacja, nieporozumienia, niechęć do ustępowania sobie nawzajem. Ale mój mąż ma pod tym względem łatwiej — nakrzyczał na mnie, wypił kawę i zawiesił się na meczu.
I tyle, nie będzie pamiętał kłótni, dla niego to koniec. Ale ja tak nie mogę, nie mogę pozwolić, żeby jego wyzwiska, obelgi, oskarżenia pod moim adresem długo chodziły mi po głowie.
Jeszcze nie otrząsnęłam się po pierwszym skandalu, a drugi jest w drodze. Dwa lata takiego ciągłego napięcia zrobiły ze mnie neurotyczkę, źle sypiam, nie chcę wracać do domu, bo nic dobrego mnie tam nie czeka.
Gdyby nie moje dziecko, już dawno bym się rozwiodła, ale zdałam sobie sprawę, że sama po prostu nie dam rady. I miałam nadzieję, że to tylko kryzys, który trzeba przezwyciężyć, żeby wszystko znów było dobrze.
Dwa lata później kryzys nie zniknął, tylko się pogłębił. Moje dziecko chodzi już do przedszkola, ma trzy lata i też cierpi z powodu naszych skandali.
Kiedy ostatnio lekarz powiedział mi, że nasze dziecko jest zbyt nerwowe i zapytał, czy wszystko w rodzinie jest w porządku, coś mi się przestawiło w głowie.
Zdałam sobie sprawę, że nie możemy tak dalej postępować, bo nasze zachowanie niszczy psychikę nie tylko naszą, ale i dziecka.
Zdecydowałam, że musimy to zakończyć. Wróciłam do domu i powiedziałam mężowi, że składam pozew o rozwód. Potem spakowałam się, zabrałam dziecko i pojechałam do mamy.
Myślałam, że znajdę tu wyspę spokoju i wsparcia, ale kiedy moja matka dowiedziała się o nadchodzącym rozwodzie, wpadła w szał. Nagle wszystko stało się moją winą.
Nie uratowałam rodziny, nie umiem rozwiązywać konfliktów, sama sprowokowałam rozwód. A mój mąż wyszedł cały biały i puszysty.
Matka nalega, żebym przestała „kręcić nosem” i wróciła do męża, zanim będzie za późno. Bo przecież nie będę mogła stworzyć normalnej rodziny, bo mam w ramionach dziecko.
Powiedziałam więc mojej mamie, że wolę żyć szczęśliwie razem z moim synem, niż ciągle płakać i nadal mieć status mężatki. Moja matka powiedziała, że szczęście jest w życiu rodzinnym.
Według niej to normalne, że początkowa miłość i euforia mijają. Później ludzie żyją ze sobą dla dobra dzieci, dla wspólnego życia, żeby na starość mieć do kogo zadzwonić po
karetkę.
A szczęście jest dla dzieci. Nie zgadzam się z moją matką. Nie chcę życia, w którym jestem ciągle poniżana, ale zniosę to.
Chcę mieć normalną rodzinę, bez skandali i łez. Zdecydowanie będę mieć taką rodzinę, nawet jeśli będzie się składać tylko ze mnie i mojego syna.
Są takie momenty w życiu, które wyglądają jak ryzyko, a z czasem okazują się początkiem…
W świecie polskiego kina nazwisko Bogusława Lindy od lat budzi jednoznaczne skojarzenia: charyzma, siła i…
Ich historia nie zaczęła się jak scenariusz romantycznego filmu. Nie było wielkich deklaracji, spektakularnych randek…
Piosenkarka o niezwykłym talencie i sile woli przeszła nie tylko przez powszechną miłość, ale także…
Ich współpraca zaczęła się w czasach, gdy polska scena muzyczna dopiero nabierała rozpędu, a nowe…
Choć Jerzy Owsiak od dekad pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w Polsce, jego życie…