Syn pojawia się u mnie tylko wtedy, gdy coś potrzebuje. Wczoraj mówił, że nie ma komu opiekować się wnuczką, a dzisiaj przyjechał po jedzenie, bo żona nic nie przygotowała

Syn pojawia się u mnie tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje. Kiedyś myślałam, że to przypadek, że tak się składa, że zawsze „akurat” wtedy, gdy brakuje mu czasu, pieniędzy albo cierpliwości.

Teraz już wiem, że to nie zbieg okoliczności, tylko schemat. Wczoraj zadzwonił późnym wieczorem, głos miał zmęczony, jakby cały świat zwalił mu się na głowę.

„Mamo, nie mam z kim zostawić małej, żona musi coś załatwić, a ja mam pilne sprawy” – powiedział szybko, bez pytania, jak się czuję, czy mam plany.

Odpowiedziałam automatycznie, jak zawsze: „Przywieź ją, przecież wiesz, że możesz”. Odłożyłam słuchawkę i poczułam znajome ukłucie w klatce piersiowej, to uczucie, które mówiło mi, że znów robię coś wbrew sobie, ale przecież to moje dziecko, moja wnuczka.

Mała spała u mnie całą noc. Rano zrobiłam jej śniadanie, usiadłyśmy razem przy stole, opowiadała mi o przedszkolu, o pani, o koleżance, która zabrała jej kredkę.

Screen IStockphoto

Słuchałam jej, a w głowie kołatała mi myśl, że to są te chwile, dla których jeszcze mam siłę wstawać z łóżka. Syn przyjechał po nią po południu, nawet nie wszedł do kuchni, tylko stał w przedpokoju i spojrzał na zegarek.

„Dzięki, mamo, uratowałaś mnie” – rzucił w biegu. Chciałam zapytać, co u niego, jak się trzyma, ale drzwi już się zamknęły.

Dziś przyjechał znowu. Bez zapowiedzi. Usłyszałam dzwonek do drzwi i od razu wiedziałam, że to on. Zawsze dzwoni w ten sam sposób, krótko, nerwowo.

Stał z torbą w ręku, spojrzał na mnie i westchnął. „Mamo, masz coś do jedzenia? Bo u nas nic nie ma, a żona nie ugotowała” – powiedział tak, jakby to było najbardziej naturalne pytanie na świecie. Wpuściłam go do środka, ale tym razem coś we mnie pękło.

Otworzyłam lodówkę, wyjęłam garnek z zupą, wędlinę, ser, chleb. „Usiądź, zjedz” – powiedziałam cicho. Jadł łapczywie, nawet nie patrząc na mnie.

W końcu nie wytrzymałam. „Wiesz, że przyjeżdżasz do mnie tylko wtedy, gdy czegoś potrzebujesz?” – zapytałam, starając się, żeby głos mi nie drżał.

Spojrzał na mnie zdziwiony, jakby pierwszy raz słyszał coś takiego. „Mamo, co ty mówisz, przecież jesteś babcią, to normalne” – odpowiedział.

Normalne. To słowo zabrzmiało jak policzek. „A normalne jest to, że nie zadzwonisz zapytać, jak się czuję? Że nie przyjedziesz bez powodu, tylko po to, żeby posiedzieć?” – ciągnęłam dalej.

Wzruszył ramionami. „Mamo, nie przesadzaj, mam swoje życie, pracę, rodzinę”.

Rodzinę. A ja kim jestem? Lodówką? Punktem pomocy doraźnej? Opiekunką na telefon? Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale szybko je wytarłam. „Ja też mam swoje życie, synu” – powiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam. „Tylko ty chyba o tym zapomniałeś”.

Wstał od stołu, zapiął kurtkę. „Znowu dramatyzujesz” – rzucił na odchodne. Zabrał jedzenie i wyszedł.

Zostałam sama w kuchni, przy pustym stole, z uczuciem, że oddałam wszystko, co miałam, a i tak było za mało.

Przypomniałam sobie czasy, kiedy był mały, kiedy całymi nocami nie spałam, kiedy rezygnowałam z siebie, z marzeń, z odpoczynku, bo on był ważniejszy.

Wtedy wierzyłam, że kiedyś to wróci. Że przyjdzie dzień, w którym usiądzie obok mnie i zapyta: „Mamo, jak się masz?”. Dziś wiem, że to nie przyjdzie samo.

Wieczorem zadzwonił telefon. To była sąsiadka. „Widziałam twojego syna, często u ciebie bywa” – powiedziała z uśmiechem w głosie.

Odpowiedziałam gorzko: „Tak, bywa. Kiedy czegoś potrzebuje”. Odłożyłam słuchawkę i po raz pierwszy od dawna pomyślałam, że muszę nauczyć się mówić „nie”.

Nie dlatego, że przestałam kochać, ale dlatego, że jeśli dalej będę tylko czekać, aż ktoś czegoś ode mnie zechce, to całkiem zniknę.

A ja jeszcze tu jestem. I też zasługuję na to, żeby ktoś przyjechał do mnie nie po jedzenie, nie po pomoc, ale po prostu – do mnie.

Nie podoba mi się, że moja synowa cały czas siedzi w domu, długo śpi i ciągle odpoczywa z koleżankami. Kiedy powiedziałam o tym synowi, odpowiedział krótko: „Mamo, nie wtrącaj się, mam własną rodzinę”

Zawsze pomagałam dzieciom, jak tylko mogłam, i tym razem nie odmówiłam córce sporej sumy pieniędzy, kiedy rozwodziła się ze swoim drugim mężem. Teraz rozumiem, że nikt mi ich nie odda

Mój mąż i ja żyliśmy w zgodzie i pokoju, dopóki nie urodziłam mu dziecka. Wtedy powiedział, że przestałam poświęcać mu czas: „Nie kochasz mnie, syn jest dla ciebie najważniejszy”