Przyjechałam na urodziny synowej, z torbami pełnymi smakołyków. Upiekłam jej ulubione ciasto z malinami, zrobiłam sałatkę, wzięłam domowy kompot, nawet świeże kwiaty z ogrodu.
Jechałam z sercem pełnym radości, bo chciałam, żeby ten dzień był dla niej wyjątkowy. Myślałam, że się ucieszy, że przytuli mnie, powie: „Dobrze, że jesteś, mamo”.
Ale kiedy weszłam do mieszkania, usłyszałam ich głosy. Stałam jeszcze w przedpokoju, nie zdążyłam nawet zdjąć płaszcza. — „Po co ona tu przyszła?
Zaprosiłam przyjaciółki, a twoja mama będzie tylko przeszkadzać” — głos Anety był ostry, zimny, taki, jakiego nigdy wcześniej nie słyszałam.
Zamarłam. Poczułam, jak torba z ciastem w dłoni staje się nagle ciężka, jakby ważyła tonę. Słyszałam, jak mój syn, Marek, próbował coś powiedzieć:
— „Anna, nie mów tak, to moja mama…” — ale ona mu przerwała. — „Twoja mama może wpaść kiedy indziej. Dzisiaj mam swoje urodziny i nie chcę, żeby siedziała z nami jak nauczycielka w klasie.”
Nie wiem, czy bardziej bolały mnie te słowa, czy to, że Marek nic już potem nie powiedział. Cisza między nimi była głośniejsza niż wszystko inne. Cofnęłam się o krok, cicho, żeby nie słyszeli. Miałam wrażenie, że moje serce pęka w środku.
Stałam tam przez chwilę, a potem powoli otworzyłam drzwi i wyszłam. Na klatce schodowej pachniało obiadem z sąsiedniego mieszkania, ktoś się śmiał, a ja czułam tylko gorzki smak upokorzenia.
Wróciłam do domu autobusem. Na kolanach trzymałam torbę z jedzeniem, które nagle przestało mieć jakikolwiek sens. Patrzyłam przez okno, a łzy spływały mi po policzkach. Myślałam o tym, jak kiedyś Marek jako mały chłopiec przychodził do mnie z rysunkiem i mówił:
„Mamo, zobacz, to ty”. Takie ciepłe wspomnienia nagle zderzyły się z tym, co usłyszałam.
Wieczorem zadzwonił. — „Mamo, przepraszam. Aneta trochę przesadziła, ale była zdenerwowana…” — mówił cicho, jakby bał się, że go ktoś usłyszy. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Po prostu zapytałam: — „Czy ja rzeczywiście przeszkadzam, Marku?”
Zamilkł. Cisza trwała długo, za długo. — „Nie, mamo, po prostu… chciała inaczej spędzić ten dzień.”

— „Rozumiem” — powiedziałam i zakończyłam rozmowę. Nie spałam tej nocy. Myślałam o tym, że rodzicielstwo to chyba jedyna miłość, która potrafi tak głęboko ranić, a mimo to nie przestaje istnieć.
Bo mimo wszystko rano wstałam, zaparzyłam herbatę i pomyślałam, że może za kilka dni Marek przyjedzie sam. Może przywiezie wnuczka. Może wtedy znów poczuję, że jestem potrzebna.
Ale w środku już coś we mnie pękło. To było jak delikatna nitka, która łączyła matkę z synem — cienka, ale mocna. Tylko że ktoś ją niechcący przeciął słowem, spojrzeniem, milczeniem.

Nie mam do niej nienawiści. Wiem, że młodzi mają swoje życie, swoje zasady. Ale nie przestanę tęsknić. Bo dla mnie Marek zawsze będzie tym małym chłopcem, który biegł do mnie z otwartymi ramionami, wołając: „Mamo!”
