„Kto tak sadzi kwiaty, dlaczego zasiano tak mało ogórków, czy wy myślicie tylko o sobie” — usłyszałam jeszcze zanim zdążyłam dobrze zamknąć drzwi samochodu.
Stałam na podjeździe naszego domu letniskowego z torbami w rękach i przez chwilę myślałam, że to jakiś żart.
Że może się przesłyszałam. Ale nie. To była ona. Moja teściowa. W gumowych klapkach, z motyką w ręku, jakby była tu gospodynią od lat.
Ten dom letniskowy miał być naszym azylem. Kupiliśmy go z mężem kilka lat temu, za ciężko zarobione pieniądze. Bez luksusów, bez basenu, ale z małym ogródkiem, tarasem i ciszą, której tak brakowało nam w mieście.
Sadziłam tam kwiaty własnymi rękami. Ogórki też — tyle, ile chciałam. Nie po to, żeby „było wydajnie”, tylko żeby było ładnie.

— Mamo, co ty tu robisz? — zapytał mój mąż, wysiadając z auta.
— Porządek robię — odpowiedziała bez wahania. — Bo jakbyście sami to robili, to by tu była dżungla.
Spojrzałam na rabaty. Moje kwiaty były poprzesadzane. Niektóre wyrwane. Grządki przekopane, jakby ktoś chciał udowodnić, że „wie lepiej”.
— Dlaczego nikt mnie nie zapytał? — zapytałam spokojnie, choć w środku wszystko we mnie krzyczało.
— A trzeba pytać, żeby pomóc? — prychnęła. — Kto normalny sadzi kwiaty zamiast warzyw? Dom letniskowy ma dawać plony, a nie cieszyć oczy.
Poczułam, jak robi mi się ciężko na klatce piersiowej.
— To nasz dom — powiedziałam.
— Ale ja wiem, jak się takie rzeczy robi — odpowiedziała. — Wy myślicie tylko o sobie, o wygodzie. A potem narzekacie, że wszystko
drogie.
Mąż milczał. Jak zwykle w takich sytuacjach. Stał gdzieś pomiędzy nami, jakby czekał, aż same się dogadamy. A ja wiedziałam, że to milczenie boli bardziej niż jej słowa.
Weszłam do domu. W środku było jeszcze gorzej. Poprzestawiane szafki, inne zasłony, moje dekoracje schowane do kartonu.
— Gdzie są moje rzeczy? — zapytałam.
— Schowałam — odpowiedziała z kuchni. — Za dużo kurzu zbierają.
Usiadłam na krześle i nagle poczułam ogromne zmęczenie. Nie fizyczne. Takie, które zbiera się latami. Z wszystkich tych sytuacji,
kiedy ktoś „lepiej wie”. Kiedy moje zdanie jest traktowane jak fanaberia.
— Nie przyjechaliśmy tu po to, żeby ktoś nas wychowywał — powiedziałam w końcu.
— A ktoś musi — odparła ostro. — Bo jak patrzę na wasze życie, to widzę tylko odpoczynek, przyjemności i brak odpowiedzialności.
— Mamo, wystarczy — odezwał się w końcu mój mąż.
— Co wystarczy? Prawda boli?
Zapadła cisza. Ciężka, lepka. Wiedziałam, że to nie chodzi o kwiaty ani ogórki. Chodziło o granice. O to, kto tu naprawdę decyduje.
— Nie chcę, żebyś tu coś zmieniała bez mojej zgody — powiedziałam spokojnie, patrząc jej prosto w oczy.
— To się jeszcze okaże — odpowiedziała chłodno. — Rodzina to nie hotel.
Tej nocy nie spałam prawie wcale. Leżałam i myślałam o tym, jak łatwo ktoś może wejść do twojego życia i urządzić je po swojemu, jeśli mu na to pozwolisz. Rano wstałam wcześniej niż wszyscy. Wyszłam do ogrodu. Patrzyłam na wyrwane kwiaty i poczułam, że muszę coś
zrobić.
Kiedy zeszli na śniadanie, powiedziałam tylko jedno:
— Albo szanujemy się nawzajem, albo ten dom przestaje być miejscem odpoczynku.
Teściowa spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
— Ty mi będziesz mówić, co mam robić?
— Tak — odpowiedziałam. — Bo to moje życie. I mój dom.
Nie było przeprosin. Nie było pojednania. Spakowała się jeszcze tego samego dnia. Mąż długo milczał, ale wieczorem usiadł obok mnie
na tarasie.
— Powinnaś była powiedzieć to wcześniej — powiedział cicho.
— Może — odpowiedziałam. — Ale wcześniej sama nie wiedziałam, jak bardzo mi to przeszkadza.
Dziś znów sadzę kwiaty. Tak, jak chcę. Ogórków jest mniej. Ale wreszcie czuję, że to miejsce znowu należy do mnie. A porządek? Czasem
największym porządkiem w życiu jest postawienie granic. Nawet jeśli komuś się to bardzo nie podoba.