Przez pierwsze lata naszego małżeństwa byłam dla mojej teściowej kimś w rodzaju pomyłki. Nie mówiła tego wprost, ale dawała mi to odczuć na każdym kroku.
Spojrzeniami, półuśmiechami, komentarzami rzucanymi niby od niechcenia, a jednak zawsze w punkt.
— No tak… ty to raczej nie jesteś przyzwyczajona do pracy — powiedziała kiedyś przy stole, gdy usiadłam po całym dniu na nogach.
— U was na wsi pewnie życie płynie wolniej — dodała innym razem, poprawiając serwetki.
Byłam „leniwą wieśniaczką”, która złapała jej syna, bo trafiła jej się wygodna partia. Tak mnie widziała. Tak mnie opisywała innym.
Nawet nie starała się tego ukrywać.

Na początku próbowałam się bronić. Tłumaczyłam, że pracuję, że pomagam, że nie przyszłam tu po pieniądze ani wygodne życie. Ale
szybko zrozumiałam, że to nie ma znaczenia. Ona już miała swoją wersję mnie i nie zamierzała jej zmieniać.
— Synu, mogłeś znaleźć sobie kogoś lepszego — mówiła przy mnie, jakby mnie nie było.
— Kogoś ambitniejszego. Z miasta.
Mój mąż milczał. A ja uczyłam się milczeć razem z nim, choć w środku wszystko we mnie krzyczało.
Czas mijał. Dzieci teściowej miały swoje sprawy. Praca, wyjazdy, własne rodziny. A ona coraz częściej zostawała sama. Najpierw drobne rzeczy — zapomniała o wizycie u lekarza, zgubiła klucze, zadzwoniła z pretensją, że nikt jej nie pomógł.
— Ty to masz czas — powiedziała kiedyś, gdy poprosiła mnie, żebym z nią poszła do przychodni. — I tak pewnie nic ważnego nie robisz.
Poszłam. Bo tak było łatwiej. Bo nie umiałam odmówić. Bo ktoś musiał.
Potem było coraz gorzej. Choroba przyszła po cichu, ale została na dobre. Najpierw pomoc przy zakupach, potem sprzątanie, gotowanie, wreszcie opieka niemal codzienna. Jej dzieci dzwoniły rzadko.
— Mamo, teraz nie mogę
— Może w przyszłym tygodniu
— Zadzwoń do bratowej, ona ma bliżej
I tak to „leniwa wieśniaczka” była przy niej każdego dnia.
To ja podawałam leki.
To ja słuchałam jej narzekań w nocy.
To ja sprzątałam po niej, gdy było jej wstyd i trudno.
Czasem, gdy była w gorszym nastroju, wracała stara teściowa.
— Gdybyś była bardziej zaradna, lepiej byś to zrobiła
— Inne kobiety radzą sobie lepiej
Nie odpowiadałam. Nie miałam już siły. Wiedziałam, że gdybym wyszła i trzepnęła drzwiami, nikt inny nie wejdzie na moje miejsce.
Pewnego dnia przyjechała jej córka. Na chwilę. Z prezentem, z uśmiechem, z obietnicą, że „będzie częściej”.
Teściowa spojrzała na nią, a potem na mnie.
— Dobrze, że chociaż ona jest — powiedziała cicho. — Bo własne dzieci…
Zawiesiła głos.
— A ty? — zapytała po chwili, pierwszy raz bez pogardy. — Dlaczego ty to wszystko robisz?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
— Bo ktoś musi — powiedziałam w końcu.
Nie przeprosiła mnie. Nie powiedziała, że się myliła. Ale od tamtej pory jej ton się zmienił. Jakby coś do niej dotarło. Jakby
zrozumiała, że ta „leniwa wieśniaczka” jest jedyną osobą, która naprawdę przy niej została.
Dziś, gdy siedzę przy jej łóżku i trzymam ją za rękę, myślę o tym, jak przewrotne bywa życie. Ci, którzy najgłośniej oceniają, często znikają pierwsi. A ci, których uważa się za najmniej wartościowych, zostają do końca.
Nie robię tego dla wdzięczności. Nie czekam na uznanie. Ale wiem jedno — nigdy więcej nie pozwolę, by ktoś mierzył wartość człowieka
po tym, skąd pochodzi i jak łatwo jest go zaszufladkować.
Bo czasem „leniwa wieśniaczka” okazuje się jedyną osobą, która nie odwraca się plecami, gdy naprawdę trzeba zostać.