Moja mama już dawno nie jest taka, jaką pamiętam z dzieciństwa. Wtedy pachniała ciastami i słońcem, śmiała się głośno, mocno przytulała i stała za nami jak lwica.
Ale lata mijają i coś się w niej zmieniło — tak, jakby serce pozostało gdzieś w przeszłości i teraz nie bije tak jak kiedyś.
Od czasu do czasu potrafi się jeszcze uśmiechnąć, ale już nie tak szczerze. Najbardziej zmieniła się w stosunku do mnie i mojego brata. I nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego.
Zawsze byłam przy niej. Kiedy tata odszedł, a mama zachorowała, wszystko wzięłam na siebie. Odkładałam swoje sprawy, biegłam na pierwszy dzwonek.
Apteka, lekarz, opłaty, zakupy. Pamiętam, jak w wieku dwudziestu siedmiu lat siedziałam z nią w szpitalu całą noc, bo źle się poczuła, a brat nawet nie odpowiedział na wiadomość.
Powiedział potem, że „nie słyszał”. On zawsze ma coś: to praca, to „trudno z dzieckiem”, to „zepsuł się samochód”.
A mama zawsze znajdowała dla niego usprawiedliwienie. Mówiła, że ma rodzinę, że mu jest trudniej. A ja… jestem wolna, bez dzieci. Jestem jak pomoc domowa.
Nie protestowałam. Bo to przecież mama. Kochałam ją bardziej niż siebie. Ale w pewnym momencie zaczęłam dostrzegać rzeczy, które bolały bardziej niż zmęczenie. Kiedy rozmawiała przez telefon z kimś i mówiła: „Dzięki Bogu, że mam syna. Bez niego nie przeżyłabym”.
A ja siedziałam obok. Kiedy chwaliła się, że brat podarował jej telewizor – chociaż to ja oddałam na niego połowę swojej pensji.
Kiedy napisała testament i dowiedziałam się, że wszystko zostawia bratu, bo „on musi wychowywać rodzinę, ma ciężej”.
Nie chodzi mi o spadek, nie. Ale czy to sprawiedliwe? Całe życie byłam przy niej. A on pojawiał się jak gość. Przyjeżdżał z ciastkiem, opowiadał dwie historie o pracy i odchodził jako bohater.
A ja wynosiłam śmieci, myłam podłogi, liczyłam tabletki, słuchałam jej wyrzutów, znosiłam kaprysy, kiedy coś było „nie tak”, kiedy „zrobiłam coś nie tak” lub „kupiłam nie to”. Połykałam wszystkie te drobne, ale bolesne ukłucia. Bo myślałam: to mama. To święta.
Ale mnie też boli. Żyję. Nie jestem robotem. I chociaż nauczyłam się nie czekać na podziękowania, nie liczyć wkładu, nie mierzyć miłości kilogramami troski — pewnego dnia po prostu poczułam, że coś we mnie pękło.
Stało się to, gdy mama poprosiła mnie o kupienie jej nowego telefonu komórkowego. Przyniosłam jej dobry, prosty, z dużym ekranem, taki jak chciała.
A ona powiedziała: „A dlaczego nie iPhone, taki jak brat ma?” I zaśmiała się. A potem dodała: „Jeszcze nie masz dzieci — masz łatwiej, możesz trochę więcej na mnie wydać”. I nie wiem dlaczego, ale właśnie wtedy nie powstrzymałam się.
Powiedziałam, że jest mi ciężko. Że mieszkam sama, wszystko robię bez pomocy, że jestem zmęczona. A ona spojrzała na mnie ze zdziwieniem i powiedziała: „Nie przesadzaj. Kobieta musi znosić”.
I nagle poczułam, że to nie jej wina. Ona po prostu nie wie, jak inaczej. Całe życie służyła komuś, całe życie ktoś ją wykorzystywał, a ona myślała, że to jest miłość.
Żyła w systemie, w którym syn jest najważniejszy, a córka – cichym wsparciem. A kiedy widzi, że milczę i dźwigam wszystko, myśli: to znaczy, że jest mi łatwo.
A jeśli przyszedł syn – to znaczy, że jest bohaterem. Bo przecież „mógł nie przyjechać”.
Nie zaczęłam się kłócić. Po prostu cicho cofnęłam się o kilka kroków. I poczułam ulgę. Przestałam biec pierwsza. Czekam, aż mnie poproszą.
Nie narzucam już swojej miłości. Nie poświęcam się. Nie udowadniam, że jestem tego warta. Bo chyba już wystarczająco udowodniłam.
I wiecie co? Brat nie wziął na siebie większej odpowiedzialności. Nadal uważa, że wszystko jest w porządku. Jest mu wygodnie. Bo mama jest obok. A raczej była.
Nadal ją kocham. Ale nie pozwalam już się poniżać. Bo miłość nie równa się poświęceniu. Bo mama nie jest ikoną. Jest człowiekiem. Tak jak ja.