Od dawna kocham inną kobietę. To zdanie brzmi we mnie jak wyrok, którego nie potrafię wypowiedzieć na głos.
Noszę je w sobie każdego dnia, kiedy wracam do domu, zdejmuję płaszcz, odkładam klucze w to samo miejsce i pytam żonę, jak minął jej dzień.
Ona odpowiada spokojnie, czasem z uśmiechem, a ja czuję, jakby między nami stała ściana zbudowana z niewypowiedzianych słów.
Nie zdradziłem jej w sensie fizycznym. Przynajmniej nie od razu. Najpierw była rozmowa. Zwykła, niewinna, w pracy. Potem kolejna. I jeszcze jedna.
Aż któregoś dnia zorientowałem się, że czekam na jej wiadomości bardziej niż na powrót do domu. Że jej głos uspokaja mnie szybciej niż wszystko, co znałem wcześniej.

„To tylko fascynacja” — mówiłem sobie. „Każdemu się zdarza”.
Ale fascynacja mija. A to nie mijało.
Mam wszystko, co według ludzi definiuje sukces. Pozycję, pieniądze, nazwisko, które coś znaczy. Duży dom, dobre auto, żonę, którę wszyscy uważają za idealną.
Jest poukładana, lojalna, zawsze obok, zawsze gotowa stanąć po mojej stronie. Przez lata była moim zapleczem, moim bezpieczeństwem. I właśnie dlatego boję się najbardziej.
Bo jeśli się przyznam, zostanę z niczym.
„Przecież wiesz, że przy rozwodzie zabiorę wszystko” — powiedziała kiedyś półżartem, kiedy rozmawialiśmy o znajomych, którzy się rozstali.
Uśmiechnęła się wtedy, ale ja zapamiętałem to zdanie zbyt dokładnie. W jej świecie lojalność jest walutą, a zdrada — niewybaczalnym grzechem.
A ja jestem mężczyzną o wysokim statusie. Takim, który nie może sobie pozwolić na słabość. Takim, który nie może nagle powiedzieć:
„Zakochałem się”. Bo co wtedy zostanie? Plotki, sądy, komentarze. „Nie docenił tego, co miał”. „Kryzys wieku średniego”. „Zachciało
mu się młodszej”.
Ona nie jest młodsza. Jest po prostu inna.
Z nią mogę mówić. Naprawdę mówić.
„Nie udawaj przede mną” — powiedziała mi kiedyś cicho. „Ja i tak widzę, że jesteś zmęczony”.
Nikt nigdy wcześniej tak do mnie nie mówił.
Wracałem wtedy do domu i patrzyłem na żonę, która pytała: „Zjesz kolację czy jesteś zmęczony?”. I nie potrafiłem jej odpowiedzieć prawdy. Bo prawda była zbyt skomplikowana. Bo prawda oznaczałaby koniec wszystkiego, co budowałem przez lata.
„Coś się z tobą dzieje” — powiedziała pewnego wieczoru. „Jesteś nieobecny”.
„Dużo pracy” — odpowiedziałem automatycznie.
„Zawsze była praca” — spojrzała na mnie uważnie. „Ale ty byłeś”.
Bałem się tego spojrzenia. Bałem się, że zobaczy więcej, niż jestem gotów wyznać. Że zada pytanie, na które nie będę miał odwagi odpowiedzieć.
Bo jak powiedzieć kobiecie, która była przy mnie wtedy, gdy jeszcze nic nie miałem, że teraz moje serce bije gdzie indziej?
A jednak każdego dnia oszukuję ją bardziej, zostając.
Z nią, tą drugą, nie planujemy przyszłości. Przynajmniej głośno.
„Nie chcę być powodem, przez który stracisz wszystko” — powiedziała kiedyś.
„Już tracę” — odpowiedziałem bez zastanowienia. „Tylko powoli”.
Bo to jest najgorsze. Życie w zawieszeniu. Udawanie męża, którym już nie jestem. Noszenie garnituru sukcesu, który uwiera coraz bardziej. Patrzenie w lustro i zadawanie sobie pytania, czy status jest wart życia bez prawdy.
Czasem wyobrażam sobie, że mówię żonie wszystko.
„Kocham inną kobietę”.
Widzę jej twarz. Ciszę. Chłód. A potem konsekwencje — prawników, podział majątku, ludzi, którzy nagle przestają odbierać telefony.
Widzę siebie w mniejszym mieszkaniu, z reputacją do odbudowania i pustką, której nie da się zagłuszyć pieniędzmi.
„Nie możesz mieć wszystkiego” — powiedziała mi ta druga.
„Wiem” — odpowiedziałem. „Ale nie wiem, co stracić”.
Bo jeśli odejdę, stracę stabilność, pozycję, świat, który znam.
Jeśli zostanę — stracę siebie.
I każdego dnia coraz wyraźniej rozumiem, że mężczyzna o wysokim statusie to często tylko mężczyzna o wysokim lęku. Przed oceną. Przed
stratą. Przed tym, że prawda okaże się droższa niż kłamstwo.
Nie wiem jeszcze, co zrobię. Ale wiem jedno — żadna pozycja nie chroni przed samotnością. A największym paradoksem mojego życia jest to, że mając wszystko, boję się najbardziej zostać z niczym… tylko dlatego, że odważyłbym się być szczery.