Screen IStockphoto
Kiedyś myślałam, że po rozwodzie najgorsze mamy za sobą — podział mieszkania, alimenty, pierwsze święta osobno. Myliłam się.
Najgorsze przyszło później, wtedy, gdy on przestał być ojcem, a stał się tylko czyimś mężem.
Na początku jeszcze próbował. Dzwonił do córki, przyjeżdżał raz na dwa tygodnie, zabierał ją na lody, do kina. Ona zawsze czekała.
Siedziała przy oknie i pytała: „Mamo, a tata na pewno dziś przyjedzie?”. A ja odpowiadałam: „Na pewno”, choć w środku coraz częściej czułam niepokój.
Potem poznał ją.
„Jest wrażliwa, delikatna, dużo przeszła” — mówił mi przez telefon, jakby się tłumaczył.
„To dobrze” — odpowiedziałam. „Bylebyś nie zapomniał, że masz dziecko”.
Uśmiał się krótko. „Jak mógłbym zapomnieć?”
A jednak zapomniał.
Najpierw były drobiazgi. Zamiast weekendów — krótkie wizyty. Zamiast rozmów — wiadomości. „Nie dam rady przyjechać”, „Mamy plany”,
„Odezwę się później”. Kiedy córka dzwoniła, często nie odbierał. A jeśli już, to mówił szybko, jakby ktoś stał obok.
„Tata, przyjedziesz na moje przedstawienie?” — zapytała kiedyś.
„Zobaczę, kochanie” — odpowiedział.
Nie przyszedł.
W końcu powiedział wprost: „Ona uważa, że za bardzo jesteś obecna w moim życiu”.
„Ja?” — zapytałam, nie wierząc własnym uszom.
„No… ciągle dzwonisz, pytasz, przypominasz o dziecku” — dodał ciszej.
Zrozumiałam wtedy, że nowa żona nie chce tylko spokoju. Ona chce wyłączności. Na jego czas, pieniądze, uwagę. Na całe życie, które
kiedyś było także nasze — moje i mojej córki.
Najbardziej zabolał mnie Nowy Rok.
Nie oczekiwałam cudów. Nie liczyłam na drogie prezenty. Wystarczyłby mały gest — maskotka, książka, czekolada. Cokolwiek, co pokazałoby dziecku, że tata o niej pamięta.
Córka cały dzień była podekscytowana. „Mamo, tata przyjedzie?”, „A może zadzwoni?”, „A jak przywiezie mi coś po północy?”.
Nie przyjechał.
Nie zadzwonił.
Nie przysłał nawet wiadomości.
Siedziałyśmy razem przy stole, a ona udawała, że wszystko jest w porządku. „Pewnie jest zajęty” — powiedziała, ale głos jej zadrżał.
Po chwili poszła do swojego pokoju. Słyszałam, jak zamyka drzwi.
Zadzwoniłam do niego następnego dnia.
„Dlaczego nic nie przywiozłeś dziecku?” — zapytałam spokojnie, choć w środku wszystko we mnie krzyczało.
„Ona nie chciała” — odpowiedział bez wahania.
„Kto?”
„Moja żona. Powiedziała, że nie będziemy się narzucać”.
Narzekać. Narzucać się. Własnemu dziecku.
„A ty co?” — zapytałam.
Zapadła cisza.
„Nie chciałem kłótni” — powiedział w końcu. „Wiesz, jaka ona jest”.
Wiedziałam. Już wiedziałam.
Od tamtej pory przestałam czekać. Przestałam tłumaczyć córce, że tata ma ciężko, że jest zmęczony, że ma nową rodzinę. Zrozumiałam,
że każde takie zdanie odbiera jej kawałek godności. I odbiera mi złudzenia.
Dziś to ja jestem tą złą. Tą, która „nastawia dziecko”. Tą, która „nie rozumie, że on ma nowe życie”. A on? On słucha jej we wszystkim. Nawet wtedy, gdy chodzi o własną córkę.
Czasem myślę, że najgorsze w tym wszystkim nie jest to, że odszedł ode mnie. Najgorsze jest to, że pozwolił odejść od siebie własnemu dziecku. Po cichu. Bez walki. Bez słowa sprzeciwu.
A moja córka dorasta szybciej, niż powinna. Już nie pyta, czy tata przyjedzie. Już nie czeka przy oknie. I tylko ja wiem, ile ją to kosztowało.
Są momenty, które zatrzymują nawet tych, którzy przez całe życie byli w ruchu. Dla Jarosława…
Urodził się w samym środku legendy. Gdy przyszedł na świat, jego ojciec był ikoną muzyki,…
Kiedy wychodziłam za mąż, byłam przekonana, że tworzę nową rodzinę. Że od tej chwili „my”…
Życie Michała Wiśniewskiego od zawsze toczyło się na oczach całej Polski. Scena była jego domem,…
Dolly Parton od dekad pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych kobiet świata muzyki. Jej głos, peruka,…
Mama sama zaprosiła nas do siebie na weekend. Zaproponowała też, żebyśmy zostawili u niej wnuki,…