Zawsze uważałam się za silną kobietę. Wydawało mi się, że życie nie będzie w stanie mnie złamać, ponieważ nauczyłam się radzić sobie ze wszystkim: z trudnościami, niedostatkiem, a nawet samotnością.
Wiedziałam, że moim największym szczęściem są moje dzieci i dla nich byłam gotowa poświęcić wszystko.
Ale dopiero teraz, kiedy patrzę wstecz, widzę, że być może poświęciłam zbyt wiele — nawet siebie.
Kiedy urodziła się moja pierwsza córka, od razu postanowiłam, że nigdy nie pozwolę jej doświadczyć tego, co ja czułam w dzieciństwie, kiedy mama ciągle pracowała i nie miała dla nas czasu.
Obiecałam sobie, że zawsze będę obecna — na każdym święcie, przy każdej chorobie, w każdej radości i łzie.
Tak było z drugim i trzecim dzieckiem. Mój świat kręcił się wokół dzieci, a ja sama pozostawałam gdzieś na uboczu własnego życia.
Teraz moje dzieci są dorosłe. Mają swoje rodziny, swoje problemy i swoje radości. A ja… stałam się dla nich „babcią, która zawsze jest w pobliżu”.
Wiedzą, że mogą do mnie dzwonić w dzień i w nocy, że rzucę wszystko i pojadę, jeśli trzeba będzie posiedzieć z wnukami.
I na początku było to nawet przyjemne: czuć się potrzebną, być centrum tego małego, ale żywego świata. Ale z czasem zaczęłam łapać się na myśli, że jakby zniknęłam.
— Mamo, nie masz nic przeciwko, żeby jutro zabrać dzieci? Mamy z Sashką rocznicę — powiedziała pewnego wieczoru moja córka.
— Oczywiście — uśmiechnęłam się, chociaż w środku po prostu krzyczało ze mnie zmęczenie.
Mam 55 lat i nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio zrobiłam coś dla siebie. Przez te wszystkie lata były szpitale, przedszkola, szkoły, potem uniwersytety, śluby, a teraz wnuki. Odkładałam swoje pragnienia „na później”, które wydawało się nie istnieć.
Od dawna chciałam gdzieś pojechać, zapisać się na kurs malarstwa lub przynajmniej kupić sobie ładną sukienkę, ale zawsze znajdowałam wymówki: „Nie ma czasu, dzieci potrzebują”, „Teraz wnuki są ważniejsze”, „Jeszcze zdążę”.
Pewnego dnia spróbowałam powiedzieć na głos to, co bolało mnie w duszy:
— Córeczko, może tym razem sama zajmiesz się dziećmi? Jestem zmęczona, chcę trochę czasu dla siebie.
Córka spojrzała na mnie ze zdziwieniem:
— Mamo, co ty mówisz? Zawsze pomagasz. Czy to takie trudne, zrobić to jeszcze raz?
Jej słowa zabolały mnie bardziej, niż się spodziewałam. Brzmiały tak, jakby moje życie automatycznie należało do nich, jakbym nie miała prawa do własnych pragnień.
Nie było to złe z jej strony, po prostu przyzwyczaiła się, że zawsze jestem przy niej. Wszyscy się przyzwyczaili.
Milcząco zgodziłam się, ale w duszy rozgorzała walka. Dlaczego pozwoliłam się zamienić w cień? Dlaczego wstydzę się powiedzieć, że chcę żyć dla siebie? Dlaczego czuję się winna, kiedy myślę o własnym szczęściu?
— Mamo — powiedziała kiedyś moja młodsza córka — wiesz przecież, że bez ciebie nie dalibyśmy sobie rady. Jesteś naszym oparciem.
Uśmiechnęłam się, ale serce bolało. Oparcie — to dobrze. Ale kto będzie wspierał mnie?
I pewnego wieczoru w końcu się zdecydowałam. Zebrałam wszystkie dzieci i powiedziałam:
— Bardzo was kocham. Zawsze będę przy was. Ale chcę wam przypomnieć: nie jestem tylko mamą i babcią. Jestem kobietą, która ma swoje marzenia. I chcę przynajmniej teraz zacząć żyć dla siebie.
Najpierw w pokoju zapadła cisza. Potem starszy syn powiedział:
— Mamo, nawet nie myśleliśmy, że tak się czujesz. Przepraszamy. Naprawdę przyzwyczailiśmy się, że zawsze nas ratujesz.
Córki milczały, ale widziałam, że się zamyśliły. I to już było dla mnie zwycięstwem. Nie wiem, jak będzie dalej. Nadal kocham swoje wnuki, nadal jestem gotowa pomagać, ale teraz wiem: nie mogę znikać dla siebie samej. Bo jeśli zniknę — co zostanie?
I po raz pierwszy od wielu lat kupiłam sobie bilet na pociąg. Po prostu do innego miasta, żeby zobaczyć świat, odetchnąć pełną piersią i przypomnieć sobie, co to znaczy być sobą.
Bo nawet jeśli jesteś mamą i babcią — masz prawo żyć dla siebie.
Córka powiedziała, że nie chce, abym była obecna na jej ślubie. Powód okazał się bardzo banalny