Myślałam, że w wieku 60 lat nie mam już szans na spotkanie kogoś, że starość będzie samotna. A kiedy szłam do sklepu, usłyszałam: „Ma pani piękny uśmiech”

Zawsze byłam przekonana, że po sześćdziesiątce życie już się nie zmienia. Po prostu płynie sobie spokojnie, nie dotykając nikogo szczególnie.

Przestajemy marzyć, planować, zaczynać coś nowego, bo uważamy, że jest już za późno. Ja właśnie tak żyłam.

Po śmierci męża, z którym przeżyliśmy trzydzieści siedem lat, pozostałam w naszym niewielkim mieszkaniu na trzecim piętrze starej kawalerki.

Dzieci już dawno się wyprowadziły, wnuki przyjeżdżały tylko na święta, a przyjaciółki…

Cóż powiedzieć — ktoś ma problemy ze zdrowiem, ktoś ma męża wymagającego opieki, a ktoś po prostu zmęczył się życiem.

Screen youtube

Czasami czułam, że sama nie jestem już kobietą, a po prostu częścią wystroju wnętrza. Chodzę po mieszkaniu — cisza.

Gotuję sobie zupę — znowu cisza. Nikt nie pyta, jak minął mi dzień, nikt nie dzwoni tak po prostu, bez powodu. I przyzwyczaiłam się do tego.

Mój dzień był do bólu przewidywalny: obudziłam się — wypiłam kawę — włączyłam telewizor — wyszłam do sklepu lub na targ — kupiłam coś do jedzenia — wróciłam — przygotowałam coś na kolację — znowu telewizor — łóżko.

I tak codziennie. Bez śmiechu, bez łez. Życie zamieniło się w płynny, jednolity szum, jak telewizor w tle.

Pewnego razu szłam do sklepu. Była wiosna, taka wczesna, kiedy jeszcze jest chłodno, ale powietrze pachnie już słońcem, mokrą ziemią i nadzieją.

Włożyłam moje ulubione płaszcz w kolorze cappuccino, który kiedyś kupiłam „na dobre czasy”. Wisiał w szafie, bo gdzie mam go nosić?

Ale tego dnia poczułam, że chcę czegoś innego. Jakby wewnętrzny głos powiedział: załóż go, uczesz się ładniej, pomaluj usta. I posłuchałam.

Przechodząc obok niewielkiego parku, zajrzałam do kiosku, aby kupić chleb i ewentualnie ciastko. I właśnie wtedy usłyszałam za sobą:
— Ma pani piękny uśmiech.

Nie obejrzałam się nawet od razu. Pomyślałam, że to zapewne do kogoś innego. Ale nie — nikogo więcej nie było w pobliżu. Tylko ja i mąż w moim wieku.

Wysoki, z siwizną na skroniach, w ciemnym płaszczu i kapeluszu. Uśmiechał się — nie bezczelnie, nie nachalnie, ale jakoś szczerze, życzliwie.

— Przepraszam — powiedział, kiedy się zatrzymałam. — Nie chciałem być nachalny. Po prostu pomyślałem: dlaczego nie powiedzieć czegoś miłego, skoro to prawda?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W środku zrobiło mi się zimno. Tak długo żyłam w swojej skorupie, że każda obca uwaga budziła we mnie raczej strach niż ciekawość.

Ale coś we mnie jakby się obudziło. Podziękowałam, trochę się uśmiechnęłam, wymamrotałam coś o ładnej pogodzie i poszłam dalej.

Ale ten przypadek nie wyszedł mi z głowy. Przypominałam sobie go raz po raz. Nie dlatego, że mi się podobał (chociaż to też), ale dlatego, że był to pierwszy żywy moment od lat.

Jak strumień świeżego powietrza w dusznym pokoju. Patrzyłam na siebie w lustrze dłużej niż zwykle. Zaczęłam przypominać sobie, że jestem kobietą.

I że nawet w wieku sześćdziesięciu lat nie muszę być tylko „babcią”, „sąsiadką z trzeciego piętra” czy „samotną emerytką”.

Tydzień później spotkaliśmy się ponownie. Tym razem wychodził z supermarketu i zatrzymał się, żeby się przywitać. Powiedział, że cieszy się, że mnie widzi. A potem dodał:

— Jeśli kiedyś będziesz miała ochotę, napijmy się kawy.

Zawahałam się. Przez całe życie uczono mnie, by być „skromną”, „ostrożną”, „nie wyróżniać się”. I prawie uwierzyłam, że romantyzm nie jest dla ludzi takich jak ja.

Ale nie mam już dwudziestu lat, żeby się bać. I nie czterdzieści, żeby wszystko odkładać na później. Więc się zgodziłam.

Wypiliśmy kawę w małej kawiarni z widokiem na plac. Rozmawialiśmy ponad dwie godziny. Miał na imię Stas. Od dziesięciu lat był wdowcem.

Miał córkę, która mieszkała za granicą. Dużo podróżował, czytał, kochał muzykę klasyczną i umiał jej słuchać. To było niesamowite.

Nie pamiętałam, kiedy ostatnio ktoś patrzył na mnie tak, jakbym była interesująca. Jakby moje myśli miały znaczenie.

Po tym spotkaniu zaczęliśmy się częściej spotykać. Czasami po prostu szliśmy na spacer, czasami jedliśmy lunch w kawiarni.

Chodziliśmy też do teatru. Tak, do teatru! Wstyd się przyznać, ale nie byłam tam od dwudziestu lat. I tak znowu zakładałam kolczyki, dobierałam apaszkę do sukienki i nakładałam szminkę.

Nie dlatego, że musiałam, ale dlatego, że chciałam. Czułam, że żyję. Nie „emerytką”, nie „babcią”, ale kobietą. Z pragnieniami, emocjami, nadziejami. Może trochę naiwną. Ale czy to źle?

Były oczywiście komentarze. Jeden z moich sąsiadów powiedział kiedyś:

– W twoim wieku nie masz czasu na miłość, wyglądasz śmiesznie.

Uśmiechnąłam się. I po raz pierwszy w życiu nie szukałam wymówek. Nie wstydziłam się. Bo wiedziałam, że nie chodzi o mnie, tylko o nią. Ona po prostu nie miała takiego szczęścia jak ja.

Z moimi dziećmi było trudniej. Mój syn na początku milczał, a potem, kiedy powiedziałam mu, że zaczęłam się z kimś spotykać, nawet podniósł głos:

– Mamo, mówisz poważnie? Po sześćdziesiątce? Po co ci to?

Ale nie byłam zła. Powiedziałam tylko:

– Tak samo jak wtedy, gdy miałaś trzydzieści lat. Bo chcę żyć”.

I to była prawda. Nie wiedziałam, co będzie dalej. Może to był tylko epizod. Może nie byliśmy sobie przeznaczeni. Ale wiedziałam na pewno: nie byłam już sama.

Nie czekam już na wieczór, by położyć się do łóżka i uciec od ciszy. Czekam na kolejne spotkanie, kolejny smak kawy, kolejne spojrzenie w oczy.

Bo nawet po sześćdziesiątce życie może zacząć się od nowa. Jeśli pozwolisz sobie żyć. I nie słuchać tych, którzy mówią, że jest już za późno.

Bo dopóki serce bije, nie jest za późno.

Syn poinformował mnie przez telefon, że nie zostałam zaproszona na wesele dzień przed ceremonią. Rodzice panny młodej organizują wszystko dla swoich gości, a ja pogratuluję im później

Mam 55 lat i nie chcę, żeby rodzice przeprowadzili się do nas. Mąż powiedział, że zostawi mnie

Kiedy przyjechałam do dzieci, drzwi były otwarte i usłyszałam rozmowę córki z zięciem: „Znowu twoja mama przywiezie przetwory i warzywa, nie potrzebuję tego tutaj”