Moje urodziny wypadły w święto i oczekiwałam, że mój mąż sprawi mi przyjemność z tej okazji, ale myliłam się: to niesprawiedliwe, ponieważ swojej mamie nie odmówiłby niczego

„To tylko jeden dzień, nie przesadzaj…” — usłyszałam to w sobotę rano, kiedy w święto planowałam swoje urodziny i czułam, że w końcu… może tym razem będzie inaczej.

Ale byłam w błędzie. I to ogromnym.

Moje urodziny wypadły w święto — dzień, który zawsze kojarzył mi się z rodziną, spokojem i ciepłem. Wysłałam mężowi tylko jeden SMS:

„Dziś moje urodziny. Może spędzimy je razem?” Nie prosiłam o prezent, nie planowałam wielkiej imprezy — chciałam tylko kawę rano, spacer i może kolację bez pośpiechu. Nic wielkiego. Tylko ja i on.

Ale jak to często w naszym domu bywało — jego rodzina znów postawiła się na pierwszym miejscu.

Screen IStockphoto

Wyszedł z domu, powiedział, że załatwi „kilka spraw służbowych”, a potem zadzwoniła teściowa.

— Kochanie, pamiętasz, że dzisiaj mamy urodziny twojego brata? — powiedziała głośno, jakby przez megafon — Przyjadę, dobrze? Może zrobimy obiad dla całej rodziny!

Mój mąż uśmiechnął się i odpowiedział, że oczywiście, że przyjedzie, że się cieszy, że to będzie miłe.

Miłe dla kogo? — pomyślałam, stojąc w kuchni z kubkiem kawy w ręku.

Pół godziny później zobaczyłam go przy drzwiach, pakującego kurtkę.

— Idziemy do mamy — powiedział lekko. — Obiad u niej, wszyscy będą.

Serce mi zamarło.

— Ale… dziś są moje urodziny… — zaczęłam cicho.

— Wiem — odparł bez wahania — ale to tylko obiad. Z rodziną. To będzie przyjemnie.

Nie było tam ciepła, nie było spojrzenia, które mówiłoby „chcę spędzić ten dzień z tobą”. Było: „to okazja, żeby być z rodziną”.
Zawsze tak było.

Pamiętam dokładnie, jak stałam wtedy w progu kuchni i patrzyłam na jego plecy. Poczułam lekki ucisk w piersi — taki, który nie jest dramatyczny, ale głęboko smutny.

Jechaliśmy do teściowej. Samochód wypełniała rozmowa o pogodzie, o tym, co się dzieje u rodziny, o tym, co będzie jutro. A ja siedziałam cicho, jak pasażerka we własnym życiu.

W domu teściowej pachniało rosołem i świeżym chlebem. Mama mojego męża przywitała nas z szerokim uśmiechem, ale kiedy spojrzałam na nią i powiedziałam „dzień dobry”, poczułam, że to nie jest dzień, w którym ktokolwiek świętuje moje urodziny.

Poszliśmy do stołu, usiedliśmy. Każdy miał coś do opowiedzenia. I wtedy teściowa odezwała się pierwsza:

— Nie wiem, jak wy to robicie — zaczęła — ale robimy wszystko, żeby się spotkać. Taki rodzinny dzień. A urodziny w święto to świetna
okazja.

Spojrzałam na męża. I wtedy usłyszałam zdanie, które zabiło we mnie resztki nadziei:

— Wiesz, moja mama zawsze dba o rodzinę… Ja też chciałem, żebyśmy tu byli dziś razem.

Słowa padły łagodnie. Tak jak powinny być miłe. Ale one były dla mnie jak lód na sercu.

Po obiedzie, kiedy wszyscy siedzieli jeszcze przy stoliku, zapytałam wprost:

— Miłosz… dlaczego nikt nie zapytał mnie, jak chcę spędzić moje urodziny?

Jego mama uśmiechnęła się z politowaniem.

— No przecież jesteśmy rodziną… Rodzina powinna być razem!

— Tak — powiedział mąż — ale moja rodzina jest taka ważna…

Patrzyłam na nich i czułam, jak we mnie narasta coś, co nie jest złością, tylko głębokim smutkiem.

— Chciałam po prostu spędzić ten dzień z tobą — powiedziałam — nie z tłumem ludzi, których znam od święta. Chciałam zwykłego,
prostego dnia, jak para. Nic więcej.

Była cisza. Nie ta dramatyczna, tylko ta, która mówi więcej niż jakikolwiek krzyk.

— Może powinniśmy to przełożyć na jutro? — zaproponował mój mąż.

— Na jutro? — powtórzyłam. — A dzisiaj? Czy dzisiaj nie ma znaczenia?

Nie odpowiedział.

W drodze powrotnej auto było ciche. Nawet dzieci nie rozmawiały — wiedziały, że to nie jest „normalna wizyta u dziadków”. To było coś innego.

Kiedy wróciliśmy do domu, zostałam sama. Włączyłam muzykę cicho, otworzyłam karton z tortem, który wcześniej kupiłam tylko dla nas.

Usiadłam przy stole i patrzyłam na te dwie świeczki — jedną zapaloną, drugą nie.

I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o to, ile osób jest przy stole.

Nie chodzi o rodzinne obiady.

Nie chodzi o to, że „to tylko jeden dzień”.

Chodzi o to, że każdy dzień, w którym nie czuję się ważna dla człowieka, którego kocham, staje się dniem, w którym jestem coraz mniej sobą.

Wtedy zadzwonił mój mąż:

— Przepraszam… gdybyśmy mogli to jakoś nadrobić…

— Nie chodzi o nadrobienie — odpowiedziałam — chodzi o to, żebyś zobaczył mnie dziś, nie jutro.

Usłyszałam ciszę. Dłuższą, niż kiedykolwiek.

Nie wiem, jak potoczy się nasza historia. Ale wiem jedno: jeśli ktoś uważa, że „rodzina jest najważniejsza”, to powinien pamiętać, że
jego partner też jest częścią tej rodziny — i jej święto też powinno mieć znaczenie.

Bo jedno „żebyśmy byli razem” nie zastąpi drugiego: „z Tobą, bo jesteś ważna”.

Ojciec mojego męża zawsze we wszystkim słuchał swojej żony. A teściowa tego nie doceniała, więc znalazł tę, która zaczęła to doceniać: „Chcę widzieć, że są mi wdzięczni za wszystko”

Mój mąż zawsze wybiera swoją mamę, nawet jeśli mamy jakieś plany, to i tak może je zmienić dla niej. Nie wiem, jak długo jeszcze będę mieszkać z maminsynkiem

Siostra zaprosiła nas do siebie do innego miasta, a już następnego dnia usłyszałam jej rozmowę z mężem: „Jak długo jeszcze będę karmić twoją rodzinę”