Słucham ich, kiwam głową, a potem wracam do domu i robię dokładnie to samo, co zawsze.
Otwieram lodówkę, sprawdzam, co trzeba dokupić, planuję obiad, kolację i to, co ugotuję jutro, żeby było świeże, domowe, takie jak on lubi.
„Jak możesz całymi dniami stać w kuchni i gotować mu jak w restauracji? Pomyśl o sobie” — powiedziała ostatnio Anka, kiedy wpadła do mnie na kawę.
Spojrzała na blat pełen naczyń i westchnęła. Uśmiechnęłam się tylko. Nie chciałam się tłumaczyć. Bo jak wytłumaczyć coś, co przez lata wydawało się naturalne?
Z mężem jesteśmy razem długo. Tak długo, że nie pamiętam, kiedy zaczęłam stawiać jego potrzeby przed swoimi. Na początku to było nawet przyjemne.
Chciałam, żeby miał dobrze. Żeby po pracy czekał na niego ciepły obiad, pachnący dom, spokój. „Ty to potrafisz zadbać” — mówił z uznaniem. A ja rosłam od tych słów.
Z czasem „potrafisz” zmieniło się w „przecież zawsze tak było”. Jeśli obiad był później, pytał: „Co się stało?”. Jeśli danie było inne niż zwykle, marszczył brwi.
Nie krzyczał, nie robił awantur. To było gorsze. To było milczące oczekiwanie, że wszystko będzie tak, jak on chce.
Koleżanki zaczęły to zauważać szybciej niż ja. „Kiedy ostatnio byłaś u fryzjera?”, „Dlaczego zawsze odwołujesz spotkania?”, „Czemu nie pojedziesz z nami na weekend?”. Odpowiadałam wymijająco. „Nie mam czasu”, „Mąż nie lubi, jak wyjeżdżam”, „Może następnym razem”.
Prawda była taka, że nawet nie myślałam o sobie. Moje dni kręciły się wokół niego. Godzin jego powrotów, jego nastrojów, jego apetytu. Kiedyś, przygotowując kolację, złapałam się na tym, że nie wiem, na co ja mam ochotę. Wiedziałam tylko, co on lubi.
Pewnego dnia spotkałyśmy się wszystkie u Kasi. Siedziałyśmy przy stole, śmiałyśmy się, wspominałyśmy dawne czasy. W pewnym momencie zadzwonił mój mąż.
Odebrałam odruchowo. „Gdzie jesteś?”, „Kiedy wrócisz?”, „Nie ma nic do jedzenia”. Koleżanki zamilkły. Kiedy się rozłączyłam, Anka powiedziała cicho: „Ty nie jesteś jego żoną, ty jesteś jego kucharką”.
Te słowa zabolały. Chciałam zaprzeczyć. Powiedzieć, że nie mają racji. Że to normalne. Że taka jestem. Ale coś we mnie drgnęło.
Wieczorem, kiedy stałam przy kuchence, a on siedział w salonie, zapytałam: „A ty kiedyś myślałeś, czego ja chcę?”. Spojrzał zdziwiony.
„A czego chcesz?” Zamilkłam. Nie umiałam odpowiedzieć. To była najbardziej szczera odpowiedź, jaką mogłam dać.
Zaczęłam zauważać rzeczy, które wcześniej ignorowałam. Że kiedy jestem zmęczona, nikt tego nie widzi. Że kiedy mówię, że coś mnie boli, słyszę: „Przesadzasz”. Że moje potrzeby są zawsze na końcu listy.
Nie przestałam od razu gotować. Nie rzuciłam wszystkiego. Ale zaczęłam zadawać sobie pytania. Czy miłość naprawdę polega na ciągłym dawaniu? Czy troska musi oznaczać rezygnację z siebie? Czy bycie dobrą żoną oznacza bycie niewidzialną?
Kiedy kolejny raz koleżanki powiedziały: „Pomyśl o sobie”, nie zbyłam ich śmiechem. Zrobiło mi się cicho w środku. Bo zrozumiałam, że one widzą mnie wyraźniej niż ja sama.
Nie wiem jeszcze, co zrobię. Wiem tylko, że nie chcę obudzić się za kilka lat i uświadomić sobie, że całe życie spędziłam w kuchni, zapominając, że jestem kimś więcej niż talerzem z obiadem.
Może jeszcze nauczę się gotować dla siebie. A może po prostu nauczę się mówić „nie”.
Są momenty, które zatrzymują nawet tych, którzy przez całe życie byli w ruchu. Dla Jarosława…
Urodził się w samym środku legendy. Gdy przyszedł na świat, jego ojciec był ikoną muzyki,…
Kiedy wychodziłam za mąż, byłam przekonana, że tworzę nową rodzinę. Że od tej chwili „my”…
Życie Michała Wiśniewskiego od zawsze toczyło się na oczach całej Polski. Scena była jego domem,…
Dolly Parton od dekad pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych kobiet świata muzyki. Jej głos, peruka,…
Mama sama zaprosiła nas do siebie na weekend. Zaproponowała też, żebyśmy zostawili u niej wnuki,…