Nigdy nie należałam do kobiet, które od pierwszego dnia małżeństwa narzekają na teściową. Wręcz przeciwnie – bardzo chciałam, żeby nasze relacje były normalne, spokojne, może nawet ciepłe.
Kiedy wychodziłam za mąż za Marka, wiedziałam, że jego matka jest osobą wymagającą, ale wtedy jeszcze wierzyłam, że z czasem wszystko się ułoży.
Na początku wydawała mi się nawet sympatyczna. Dzwoniła często, pytała, czy u nas wszystko w porządku, interesowała się domem, pracą, planami. Jedno powtarzała jak mantrę:
– „Kiedy wreszcie będę miała wnuki?”
Słyszałam to przy każdej okazji. Przy obiedzie, przez telefon, nawet wtedy, gdy spotykałyśmy się tylko na chwilę.

– „Czas leci, kochana. Marek też nie jest już najmłodszy” – mówiła z troską wymieszaną z naciskiem.
Problem polegał na tym, że przez długi czas nie mogłam zajść w ciążę. Lekarze uspokajali, mówili, że potrzeba czasu, ale stres robił swoje. A im częściej słyszałam pytania o dzieci, tym bardziej bolało.
– „Dlaczego jeszcze nie jesteś w ciąży?” – zapytała mnie kiedyś wprost.
– „Może coś jest z tobą nie tak?”
Te słowa zapamiętałam bardzo dobrze. Marek próbował ją uciszyć, ale ona tylko machnęła ręką.
– „Ja tylko pytam. Matka ma prawo wiedzieć.”
Kiedy w końcu zaszłam w ciążę, myślałam, że wszystko się zmieni. Że to będzie ten moment, w którym staniemy się sobie bliższe.
Przez pierwsze tygodnie rzeczywiście tak było. Teściowa była zachwycona, kupowała ubranka, opowiadała sąsiadkom, że wreszcie zostanie babcią.
– „Widzisz? Mówiłam, że się doczekam” – powtarzała z dumą.
Urodziłam syna. Zdrowego, spokojnego chłopca. Później przyszła na świat córka. Byłam zmęczona, niewyspana, ale szczęśliwa. Myślałam, że mam wszystko: rodzinę, dzieci, męża, który mnie wspierał.
I wtedy coś się zmieniło.
Najpierw były drobne uwagi.
– „On wcale nie jest podobny do Marka” – powiedziała pewnego dnia, patrząc na syna.
– „Marek jako dziecko wyglądał zupełnie inaczej.”
Zignorowałam to. Uznałam, że każda babcia ma swoje spostrzeżenia. Ale komentarze zaczęły się powtarzać. Przy kolejnych wizytach, przy
obiedzie, przy kawie.
– „Ta dziewczynka ma dziwne oczy.”
– „W naszej rodzinie nikt takich nie miał.”
Czułam, jak coś we mnie pęka, ale milczałam. Nie chciałam konfliktu. Aż do dnia, którego nie zapomnę nigdy.
Byliśmy u niej na niedzielnym obiedzie. Dzieci bawiły się w pokoju obok, Marek wyszedł na chwilę do sklepu. Zostałyśmy same. Teściowa spojrzała na mnie uważnie i powiedziała spokojnym tonem:
– „Powiedz mi prawdę. Czy te dzieci na pewno są mojego syna?”
Zamarłam.
– „Co takiego?” – zapytałam, nie wierząc w to, co słyszę.
– „Ja nie jestem głupia” – ciągnęła dalej. – „Za długo żyję. Widzę, co widzę. One nie są do niego podobne.”
Poczułam, jak do oczu napływają mi łzy.
– „Jak możesz w ogóle coś takiego mówić?” – wyszeptałam. – „Przez lata naciskałaś, żebym miała dzieci, a teraz je podważasz?”
Wzruszyła ramionami.
– „Ja tylko mówię, co myślę.”
Kiedy Marek wrócił, zobaczył mnie zapłakaną. Wszystko mu powiedziałam. Myślałam, że stanie po mojej stronie bez wahania. I wtedy
usłyszałam coś, co zabolało mnie niemal tak samo mocno jak słowa jego matki.
– „Może mama ma prawo do wątpliwości” – powiedział niepewnie.
To był moment, w którym coś we mnie umarło. Zrozumiałam, że nie chodzi już tylko o teściową. Chodzi o brak zaufania, o brak szacunku, o to, że zamiast mnie i dzieci, wybrał jej słowa.
Tego wieczoru długo nie spałam. Patrzyłam na moje dzieci i myślałam o tym, jak bardzo bym je chroniła przed każdym, kto chciałby je skrzywdzić – nawet słowami.
Następnego dnia powiedziałam Markowi jasno:
– „Albo stawiasz granice swojej matce, albo ja zrobię to sama.”
Od tamtej pory rzadko się widujemy. Nie dlatego, że chcę zemsty. Dlatego, że nauczyłam się jednego: nie każdy, kto domaga się dzieci,
potrafi je naprawdę pokochać.
A ja nie pozwolę, by ktoś – nawet „ciekawa” teściowa – odbierał moim dzieciom poczucie, że są chciane i wystarczające.