Znałyśmy się od liceum. Byłyśmy jak siostry, choć żadna z nas nigdy tego głośno nie powiedziała.
Razem przeżywałyśmy pierwsze miłości, pierwsze rozczarowania, studia, śluby.
Zawsze mówiłyśmy, że nic i nikt nie stanie między nami. Kiedy poznałam mojego przyszłego męża, ona była pierwszą osobą, której o nim opowiedziałam.
— Jest inny — powiedziałam wtedy z błyskiem w oczach.
— W końcu trafiłaś na kogoś normalnego — uśmiechnęła się.

Była przy mnie na każdym etapie. Pomagała wybierać suknię ślubną, siedziała obok mnie w dniu ślubu, trzymała mnie za rękę, gdy
płakałam ze wzruszenia. Mówiła:
— Zawsze będę po twojej stronie.
Wierzyłam jej bezgranicznie.
Po ślubie często bywała u nas w domu. Znała każdy kąt naszego mieszkania, wiedziała, gdzie trzymam herbatę, gdzie ręczniki, gdzie zapasowe klucze. Mąż ją lubił, ufał jej, śmiał się z jej żartów.
— Masz szczęście do przyjaciółki — mówił.
Nie widziałam w tym nic złego. Przecież była „jak rodzina”.
Z czasem zaczęłam jednak zauważać drobiazgi. Jej spojrzenia, kiedy się kłóciliśmy. Jej komentarze, niby żartobliwe, ale trafiające dokładnie w moje słabości.
— Ty zawsze wszystko bierzesz do siebie — mówiła. — On jest prosty, potrzebuje spokoju.
Pewnego dnia, po naszej sprzeczce, zadzwoniła do mnie wieczorem.
— Może powinnaś dać mu trochę przestrzeni — zasugerowała. — On naprawdę dużo znosi.
Zaczęłam wątpić w siebie. W swoje reakcje, emocje, oczekiwania. Ona zawsze miała gotową odpowiedź, zawsze wiedziała „lepiej”.
Aż przyszedł ten dzień. Wróciłam wcześniej z pracy. W mieszkaniu było cicho, ale nie pusto. Usłyszałam głosy w sypialni. Jej głos. Jego głos.
Stałam w korytarzu jak sparaliżowana. Kiedy otworzyłam drzwi, spojrzeli na mnie bez krzyku, bez paniki. Jakby wszystko było już ustalone.
— To nie jest tak, jak myślisz — zaczął on.
Ona natomiast spojrzała na mnie spokojnie i powiedziała coś, czego nigdy nie zapomnę:
— On zasługuje na kogoś lepszego niż ty. Przynajmniej na mnie.
Świat mi się zawalił, ale nie krzyczałam.
— Od kiedy? — zapytałam tylko.
— Od dawna — odpowiedziała. — Po prostu bałam się ci powiedzieć.
Mąż milczał. To bolało najbardziej.
— A ja? — zapytałam. — Co ze mną?
Wzruszyła ramionami.
— Zawsze byłaś zbyt emocjonalna. Za trudna.
Wyszłam wtedy z mieszkania z jedną torbą. Przez kilka dni nie odbierałam telefonów. Ani od niej, ani od niego. Płakałam, wątpiłam,
obwiniałam się.
Po tygodniu przyszła do mnie.
— Nie chciałam cię skrzywdzić — powiedziała. — Po prostu miłość się zdarza.
— Przyjaźń też — odpowiedziałam. — Ale ty ją zabiłaś.
Dziś wiem jedno: najgorsza zdrada nie zawsze przychodzi od obcych. Czasem przychodzi od osoby, która znała cię najlepiej. Która
wiedziała, gdzie uderzyć, żeby bolało najmocniej.
Nie odzyskałam męża. Ale odzyskałam siebie. I już nigdy nie nazwę „przyjaciółką” kogoś, kto buduje swoje szczęście na cudzym upadku.