Milczałam. Siedziałam przy stole, popijając zimną herbatę i starając się nie dopuścić, by łzy spadły do talerza z pierogami, które sama przyniosłam.
Moja córka – moja jedyna córka, którą wychowywałam sama, bez męża, bez babci, bez pomocy. Pracowałam dzień i noc.
Piekłam torty na zamówienie, szyłam na maszynie, dorabiałam jako sprzątaczka w biurze.
Jej dzieciństwo upłynęło w kuchni, gdzie piekłam placki, i nad podręcznikami, które czytałyśmy razem wieczorami, ponieważ nie mogłam sobie pozwolić na korepetytora.
Nie pozwalałam sobie chorować. Nie pozwalałam sobie odpoczywać. Wszystkie pieniądze szły na jej przyszłość.
A teraz jestem „mamą, która mieszka na wsi”. Nie jestem „taką babcią”, bo nie przybiegam na każde wezwanie, bo mam grządki, truskawki i kwiaty, które też na mnie czekają.
A jej teściowa jest „idealna”. Gotuje zupy, opiekuje się wnukami, piecze ciastka. U niej wszystko jest proste — mąż żyje, emerytura jest stabilna, a mieszkanie znajduje się w centrum miasta. A ja… Ja jestem babcią bez statusu.
„Zawsze jesteś zajęta” — powiedziała kiedyś córka. I po raz pierwszy w życiu nie znalazłam odpowiedzi.
Jestem zajęta… Bo dacha to nie tylko ziemniaki. To samotność. Miejsce, gdzie czuję się potrzebna przynajmniej komuś — drzewom, krzewom, ziemi. Bo ludzie już nie czekają.
Nikt nie pyta, jak się czuję. Czy bolą mnie nogi. Czy mam lekarstwa.
Nikt nie dzwoni, żeby po prostu zapytać:
– Mamo, jak minął dzień?
Ale jak coś jest potrzebne — to telefon jest gwarantowany. Ale nie dlatego, że jestem dobrą babcią. A dlatego, że trzeba. I to nie zawsze. Bo jest lepsza — teściowa.
I co mam robić? Rywalizować o miłość mojego dziecka? Prosić o pozwolenie, żeby przytulić wnuka? Piec pierogi na czas?
Nie wytrzymałam. Powiedziałam:
— Córeczko, nie rywalizowałam z nią. Jestem po prostu mamą. Twoją mamą. Dałam ci wszystko, co miałam. I więcej. Nie po to, żeby kiedyś mnie porównywano.
Zamilkła. A potem cicho odpowiedziała:
— Mamo… po prostu nie rozumiałam, że ty też bywasz samotna.
Tego wieczoru została u mnie. Bez wnuków, bez męża, tylko my — jak kiedyś. I po raz pierwszy od dawna zasnęłam z ciepłem w sercu. Bo może nie zawsze jestem „wygodną babcią”, ale zawsze byłam i pozostaję mamą.
Nie wierzyłam, że miłość zapuka do moich drzwi w wieku 65 lat, ale Wiktor zdołał mnie podbić