Nie pamiętam dokładnie, kiedy zaczęła mówić o tym, że „wieś to nie życie”. Chyba wtedy, gdy jeszcze chodziła do liceum i z zazdrością patrzyła na koleżanki z miasta.
Zawsze powtarzała, że ona chce czegoś więcej, że nie wyobraża sobie codzienności w domu z ogrodem, z ciszą, z zapachem ziemi po deszczu.
— Mamo, ja nie chcę tak jak ty — mówiła bez złości, raczej z przekonaniem. — Ja chcę męża, który będzie bogaty. Kogoś, kto zabierze mnie daleko stąd.
Słuchałam jej wtedy i uśmiechałam się smutno. Myślałam, że to młodzieńcze marzenia, że życie samo je zweryfikuje.
Przecież nie ma nic złego w ambicjach. Problem pojawia się wtedy, gdy ambicje zaczynają przesłaniać wszystko inne.

Kiedy poznała Marka, od razu wiedziałam, że to „ten właściwy” według jej kryteriów. Drogi samochód, eleganckie garnitury, mieszkanie w nowym apartamentowcu. Przyjechał po nią pierwszy raz i nawet nie wysiadł z auta, tylko zatrąbił pod bramą.
— On nie musi się nikomu podobać — powiedziała, widząc moją minę. — Ważne, że mnie zabierze stąd.
Na zaręczyny zaprosiła nas do restauracji, w której ceny przyprawiały mnie o zawrót głowy. Siedziała przy stole jak królowa, a Marek
trzymał ją za rękę.
— Nie potrzebuję domu — powiedziała wtedy głośno. — Nie chcę wracać na wieś. Moje życie będzie zupełnie inne.
Zabolało. Nie dlatego, że odrzucała miejsce, w którym dorastała. Zabolało, bo w jej głosie było coś więcej — jakby odrzucała również
mnie.
Ślub był piękny. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Ona promieniała. Ja stałam obok i modliłam się w duchu, żeby to szczęście było prawdziwe, a nie tylko dobrze opakowane.
Pierwszy rok mijał bez większych sygnałów. Rzadko dzwoniła. Zawsze była zajęta, zawsze w biegu.
— Mamo, teraz mam inne życie — mówiła krótko. — Nie martw się.
Drugi rok był cichszy. Coraz krótsze rozmowy. Coraz więcej wymijających odpowiedzi. Czasem miałam wrażenie, że coś ją gryzie, ale nie chciała mówić.
— Wszystko w porządku — powtarzała. — Po prostu dorosłość.
Aż pewnego wieczoru ktoś zapukał do drzwi. Było już ciemno. Otworzyłam i zobaczyłam ją. Stała na progu z walizką, tą samą, którą zabrała, gdy wyjeżdżała do „lepszego życia”.
— Mamo… — głos jej się załamał. — Czy mogę wejść?
Nie pytałam o nic. Przytuliłam ją tak, jak wtedy, gdy była mała. Dopiero później, przy herbacie, zaczęła mówić.
— On nie był tym, za kogo go uważałam — wyszeptała. — Pieniądze były ważniejsze ode mnie. Ja byłam dodatkiem. Ładnym, ale zbędnym.
— Dlaczego nie zadzwoniłaś wcześniej? — zapytałam.
— Bo wstydziłam się — spuściła wzrok. — Przecież tak bardzo chciałam udowodnić, że miałam rację.
Siedziałyśmy długo w ciszy. W końcu spojrzała na mnie i powiedziała coś, czego się nie spodziewałam.
— Teraz wiem, że dom to nie budynek. To miejsce, gdzie ktoś czeka.
Dziś znowu mieszka na wsi. Nie na stałe — tak mówi. Ale częściej się uśmiecha. Częściej dzwoni. Czasem wychodzimy razem do ogrodu i
mówi, że zapomniała, jak tu jest spokojnie.
Nie mówię jej: „a nie mówiłam”. Nie wypominam. Każdy musi przejść swoją drogę. Ale kiedy patrzę na walizkę schowaną w szafie, wiem jedno: pieniądze mogą dać adres, ale nie dają poczucia, że jest się u siebie.
A dom… dom czasem czeka cierpliwie, nawet jeśli ktoś bardzo długo od niego ucieka.