Moja córka chciała, żeby jej mężem był ktoś bogaty, bo nie chce mieszkać na wsi, powiedziała, że nie potrzebuje domu. A już po dwóch latach stała z walizką na progu

Nie pamiętam dokładnie, kiedy zaczęła mówić o tym, że „wieś to nie życie”. Chyba wtedy, gdy jeszcze chodziła do liceum i z zazdrością patrzyła na koleżanki z miasta.

Zawsze powtarzała, że ona chce czegoś więcej, że nie wyobraża sobie codzienności w domu z ogrodem, z ciszą, z zapachem ziemi po deszczu.

— Mamo, ja nie chcę tak jak ty — mówiła bez złości, raczej z przekonaniem. — Ja chcę męża, który będzie bogaty. Kogoś, kto zabierze mnie daleko stąd.

Słuchałam jej wtedy i uśmiechałam się smutno. Myślałam, że to młodzieńcze marzenia, że życie samo je zweryfikuje.

Przecież nie ma nic złego w ambicjach. Problem pojawia się wtedy, gdy ambicje zaczynają przesłaniać wszystko inne.

Screen IStockphoto

Kiedy poznała Marka, od razu wiedziałam, że to „ten właściwy” według jej kryteriów. Drogi samochód, eleganckie garnitury, mieszkanie w nowym apartamentowcu. Przyjechał po nią pierwszy raz i nawet nie wysiadł z auta, tylko zatrąbił pod bramą.

— On nie musi się nikomu podobać — powiedziała, widząc moją minę. — Ważne, że mnie zabierze stąd.

Na zaręczyny zaprosiła nas do restauracji, w której ceny przyprawiały mnie o zawrót głowy. Siedziała przy stole jak królowa, a Marek
trzymał ją za rękę.

— Nie potrzebuję domu — powiedziała wtedy głośno. — Nie chcę wracać na wieś. Moje życie będzie zupełnie inne.

Zabolało. Nie dlatego, że odrzucała miejsce, w którym dorastała. Zabolało, bo w jej głosie było coś więcej — jakby odrzucała również
mnie.

Ślub był piękny. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Ona promieniała. Ja stałam obok i modliłam się w duchu, żeby to szczęście było prawdziwe, a nie tylko dobrze opakowane.

Pierwszy rok mijał bez większych sygnałów. Rzadko dzwoniła. Zawsze była zajęta, zawsze w biegu.

— Mamo, teraz mam inne życie — mówiła krótko. — Nie martw się.

Drugi rok był cichszy. Coraz krótsze rozmowy. Coraz więcej wymijających odpowiedzi. Czasem miałam wrażenie, że coś ją gryzie, ale nie chciała mówić.

— Wszystko w porządku — powtarzała. — Po prostu dorosłość.

Aż pewnego wieczoru ktoś zapukał do drzwi. Było już ciemno. Otworzyłam i zobaczyłam ją. Stała na progu z walizką, tą samą, którą zabrała, gdy wyjeżdżała do „lepszego życia”.

— Mamo… — głos jej się załamał. — Czy mogę wejść?

Nie pytałam o nic. Przytuliłam ją tak, jak wtedy, gdy była mała. Dopiero później, przy herbacie, zaczęła mówić.

— On nie był tym, za kogo go uważałam — wyszeptała. — Pieniądze były ważniejsze ode mnie. Ja byłam dodatkiem. Ładnym, ale zbędnym.

— Dlaczego nie zadzwoniłaś wcześniej? — zapytałam.

— Bo wstydziłam się — spuściła wzrok. — Przecież tak bardzo chciałam udowodnić, że miałam rację.

Siedziałyśmy długo w ciszy. W końcu spojrzała na mnie i powiedziała coś, czego się nie spodziewałam.

— Teraz wiem, że dom to nie budynek. To miejsce, gdzie ktoś czeka.

Dziś znowu mieszka na wsi. Nie na stałe — tak mówi. Ale częściej się uśmiecha. Częściej dzwoni. Czasem wychodzimy razem do ogrodu i
mówi, że zapomniała, jak tu jest spokojnie.

Nie mówię jej: „a nie mówiłam”. Nie wypominam. Każdy musi przejść swoją drogę. Ale kiedy patrzę na walizkę schowaną w szafie, wiem jedno: pieniądze mogą dać adres, ale nie dają poczucia, że jest się u siebie.

A dom… dom czasem czeka cierpliwie, nawet jeśli ktoś bardzo długo od niego ucieka.

Mama powiedziała, że słyszała, jak mój syn rozmawiał ze swoim przyjacielem i powiedział, że zostawię mieszkanie jemu, a nie córce, bo on mi na to zasługuje

Przez pierwsze lata moja teściowa uważała mnie za leniwą wieśniaczkę, która po prostu znalazła sobie wygodną partię, a teraz, kiedy potrzebuje opieki, żadne z jej dzieci nie chce się tym zająć i tylko „leniwa wieśniaczka” jest przy niej każdego dnia

Teściowa zaprosiła nas na swoje urodziny, a także byłą żonę mojego męża. Podczas uczty powiedziała, że żałuje, iż jej syn rozwiódł się z Julią: „Na tej uroczystości jestem zbędna”