Mój mąż zawsze wybiera w naszych relacjach swoją mamę. Nie wiem, czy jestem gotowa żyć w takim formacie

Kiedy wychodziłam za mąż, byłam przekonana, że tworzę nową rodzinę. Że od tej chwili „my” będzie ważniejsze niż „ja” i „oni”. Wydawało mi się to naturalne, niemal oczywiste.

Przecież tak mnie uczono – miłość, zaufanie, wspólne decyzje. Nie przypuszczałam wtedy, że w naszym małżeństwie zawsze będzie jeszcze jedna osoba. I że to nie będzie dziecko.

Na początku wszystko wyglądało niewinnie.

— „Mama tak zawsze robi” — mówił z uśmiechem.

— „Mama się martwi”.

— „Mama wie lepiej, bo już to przeżyła”.

Słuchałam. Milczałam. Tłumaczyłam sobie, że każdy mężczyzna ma matkę i że to normalne, że się z nią liczy. Sama przecież kochałam
swoich rodziców. Nie chciałam być tą żoną, która „zabiera syna matce”.

Pierwszy raz zabolało mnie naprawdę wtedy, gdy planowaliśmy święta. Chciałam, żeby w tym roku były u nas. W naszym mieszkaniu, przy
naszym stole.

— „Może w tym roku Wigilia u nas?” — zapytałam ostrożnie.

— „Mama by się obraziła” — odpowiedział bez wahania.

— „Ale to nasze święta…”

— „Nie rób problemu. Mama całe życie robi Wigilię.”

I wtedy po raz pierwszy poczułam, że moje zdanie jest mniej ważne. Nie nieważne — mniej ważne.

Z czasem takich sytuacji było coraz więcej. Mama decydowała, jak powinniśmy urządzić mieszkanie. Mama wiedziała, kiedy jest „dobry moment” na dziecko. Mama komentowała, co gotuję, jak sprzątam, jak się ubieram.

— „Nie mówię tego ze złośliwości” — powtarzała. — „Ja tylko dobrze radzę”.

A mój mąż?

Stał obok. Milczał. A jeśli już coś mówił, to:

— „Ona chce dobrze”.

Najgorsze było to, że zaczęłam wątpić w siebie. Czy naprawdę przesadzam? Czy naprawdę jestem zbyt wrażliwa? Zaczęłam ważyć każde słowo, każdą reakcję, żeby przypadkiem nie zostać tą „trudną”.

Punktem zwrotnym była pewna niedziela. Pojechaliśmy do jego rodziców na obiad. Mama była wyraźnie w złym humorze. Kręciła się po kuchni, trzaskała szafkami.

— „Zupa za słona?” — zapytałam niepewnie.

— „Nie, tylko ty zawsze robisz wszystko po swojemu” — odpowiedziała.

Zamilkłam. Po obiedzie zaproponowałam, że pozmywam.

— „Nie trzeba” — rzuciła chłodno. — „I tak źle to robisz.”

Spojrzałam na męża. Czekałam. Na jedno zdanie. Na jakąkolwiek reakcję.

On spuścił wzrok.

W drodze do domu nie wytrzymałam.

— „Dlaczego nigdy mnie nie bronisz?” — zapytałam cicho.

— „Bo nie chcę konfliktów” — odpowiedział.

— „A ze mną możesz mieć?”

— „Ty jesteś dorosła. Mama jest jaka jest.”

Te słowa bolały bardziej niż wszystkie docinki jego matki.

Zrozumiałam wtedy, że w jego hierarchii zawsze będę za nią. Że on nie widzi problemu tam, gdzie ja widzę brak szacunku. Że on wciąż jest bardziej synem niż mężem.

Zaczęłam się zastanawiać, jak będzie wyglądać nasze życie za kilka lat. Co się stanie, gdy pojawi się dziecko? Kto będzie decydował o wychowaniu? O granicach? O tym, co „wypada”?

Pewnego wieczoru powiedziałam wprost:

— „Nie chcę tak żyć. Chcę być twoim wyborem.”

— „Przesadzasz” — odpowiedział. — „Nie każ mi wybierać między tobą a mamą.”

Ale ja wiedziałam, że on już wybrał. Tylko nie chciał tego nazwać.

Dziś stoję w miejscu, w którym nigdy nie sądziłam, że będę. Kocham mojego męża. Ale coraz częściej czuję się samotna w tym
małżeństwie. Jakbyśmy grali w jednej drużynie, ale według cudzych zasad.

Nie wiem jeszcze, jaką decyzję podejmę. Wiem tylko jedno: nie chcę być dodatkiem do czyjegoś życia. Nie chcę być tą, która zawsze musi się dostosować, zrozumieć, ustąpić.

Bo małżeństwo to nie trójkąt.

A miłość nie powinna boleć ciszą.

Michał Wiśniewski i jego piąta żona przechodzą obecnie trudny okres. Czy dojdzie do rozwodu

Dlaczego Dolly Parton nigdy nie została matką. Czy piosenkarka żałuje swojego wyboru i co sądzi o macierzyństwie

Mama najpierw zaprosiła wnuki do siebie na weekend, a potem okazało się, że wcale nie ma dla nich czasu. Dobrze, że w tamtym momencie przyszła do mnie przyjaciółka