Mój mąż zawsze wybiera swoją mamę, nawet jeśli mamy jakieś plany, to i tak może je zmienić dla niej. Nie wiem, jak długo jeszcze będę mieszkać z maminsynkiem

Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz coś zaplanowaliśmy tylko dla siebie i naprawdę to zrealizowaliśmy. Nie „prawie”, nie „może innym razem”, nie „jak mama pozwoli”, tylko normalnie – od początku do końca.

Kiedyś wydawało mi się, że to przypadek, zbieg okoliczności, życie. Teraz wiem, że to schemat.

Mój mąż zawsze wybiera swoją mamę. Zawsze. Nawet wtedy, kiedy mówi, że wybiera mnie.

Na początku naszego małżeństwa byłam dumna z tego, jaki jest opiekuńczy wobec niej. „Dobry syn” – myślałam. Taki, który nie zapomina.

Który oddzwania, przyjeżdża, pomaga. Sama byłam wychowana w przekonaniu, że rodzina jest ważna. Tylko że nikt mnie nie przygotował na to, że w naszym domu ta rodzina będzie zawsze stała przede mną.

Screen IStockphoto

Pierwszy raz poczułam coś dziwnego, kiedy w rocznicę ślubu mieliśmy iść na kolację. Nic wielkiego, zwykła restauracja, zwykły
wieczór.

Ubrałam się, zrobiłam makijaż, zapaliłam świeczkę w salonie, a on odebrał telefon. Stał przy oknie, mówił cicho, kiwał
głową. Potem się odwrócił i powiedział:

„Mama źle się czuje. Pojadę do niej tylko na chwilę”.

„A kolacja?” – zapytałam.

„Zrozumiesz. Przecież to mama”.

Zrozumiałam. Zawsze rozumiałam.

Zrozumiałam też wtedy, gdy w sobotę rano mieliśmy pojechać za miasto, a on nagle oznajmił, że musi zawieźć mamę na zakupy, bo sama
nie da rady.

Gdy w niedzielę odwołał spotkanie z moimi rodzicami, bo mama potrzebowała pomocy przy porządkach. Gdy zmieniał plany w ostatniej chwili, bo „mama zadzwoniła”.

Najgorsze było to, że nigdy nie robił tego z poczuciem winy. Dla niego to było oczywiste. Naturalne. Jakby świat miał się zatrzymać, gdy ona czegoś chce, a moje potrzeby mogły spokojnie poczekać.

Pewnego wieczoru, kiedy znów siedziałam sama przy stole, powiedziałam:

„Czy ty w ogóle widzisz, że mnie ciągle nie ma w twoich decyzjach?”

Spojrzał na mnie zdziwiony.

„Jak to nie ma? Przecież jesteś moją żoną”.

„Na drugim miejscu” – odpowiedziałam.

Westchnął tylko. „Znowu dramatyzujesz”.

Nie krzyczałam. Nie robiłam scen. Coraz częściej po prostu milczałam. A on brał to za zgodę.

Najbardziej zabolało mnie, kiedy zaplanowaliśmy wspólny urlop. Taki prawdziwy – pierwszy od lat. Już kupiliśmy bilety, już mówiłam w
pracy, że mnie nie będzie. I wtedy przyszła wiadomość od jego mamy. Krótka. „Synku, w tym terminie muszę mieć remont w kuchni”.

On nawet się nie zastanawiał.
„Może przełożymy wyjazd” – powiedział.

„My czy ty?” – zapytałam.

„Nie przesadzaj. Mama sama nie da rady”.

Wtedy coś we mnie pękło. Nie głośno. Cicho. Jak nić, która trzymała wszystko razem.

„A ja?” – zapytałam spokojnie. „Ja też sama sobie poradzę?”

Popatrzył na mnie tak, jakby nie rozumiał pytania.

„Przecież jesteś dorosła”.

To zdanie wraca do mnie do dziś. Jestem dorosła. Czyli mogę poczekać. Mogę zrezygnować. Mogę się dostosować.

Kilka dni później usłyszałam, jak rozmawia z mamą przez telefon. Stałam w kuchni, on był w pokoju.

„Tak, mamo, przyjadę. Oczywiście. Nie martw się, wszystko załatwimy”.

Po chwili dodał ciszej:

„Ona zrozumie”.

I wtedy dotarło do mnie, że ja w tym domu nie jestem partnerką. Jestem tą, która ma rozumieć. Zawsze.

Wieczorem powiedziałam mu wprost:

„Nie wiem, jak długo jeszcze będę mieszkać z maminsynkiem”.

Zamilkł. Obraził się. Powiedział, że przesadzam, że niszczę rodzinę, że stawiam go przed wyborem.

A ja pomyślałam, że ten wybór już dawno został dokonany. Tylko nie przeze mnie.

Teraz coraz częściej zastanawiam się, czy miłość naprawdę powinna tak wyglądać. Czy małżeństwo to ciągłe czekanie, aż ktoś skończy
być synem, a zacznie być mężem. Czy to normalne, że czuję się jak gość we własnym życiu.

Nie wiem jeszcze, co zrobię. Wiem tylko, że nie chcę już być tą, która zawsze rozumie. Bo rozumienie bez wzajemności bardzo szybko zamienia się w samotność.

Siostra zaprosiła nas do siebie do innego miasta, a już następnego dnia usłyszałam jej rozmowę z mężem: „Jak długo jeszcze będę karmić twoją rodzinę”

Jestem zmęczona tym, że teściowa ciągle kontroluje moje życie i mówi nam z mężem, co mamy robić: „W tym tygodniu muszę zrobić remont”

Przyjechałam do domu letniskowego, a tam teściowa bez mojej wiedzy wprowadza porządek: „Kto tak sadzi kwiaty, dlaczego zasiano tak mało ogórków, czy myślicie tylko o sobie”