Ale od kilku lat żyję z poczuciem niesprawiedliwości, jakby nasze małżeństwo opierało się na dwóch różnych wagach.
Z jednej strony są moi rodzice, którzy mnie wychowali, pomagali nam na początku, nawet w najtrudniejszych momentach, a z drugiej strony jest jego rodzina, która nigdy nie inwestowała w nas zbyt wiele, ale to właśnie dla nich mój mąż zawsze znajduje czas i siły.
„Znowu coś potrzebujesz? A co, jesteśmy milionerami?” — burknął pewnego wieczoru, kiedy poprosiłam go, żeby zawiózł moją mamę do szpitala.
Stałam na środku kuchni, zaciskając dłonie i starając się nie podnosić głosu. „To moja mama, ma problemy z ciśnieniem, sama nie dam rady…”
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakakolwiek kłótnia. Dobrze pamiętam, jak kilka tygodni temu jego ojciec poprosił o przewiezienie drewna na domek.
Mąż nawet wziął wolne w pracy, pojechał od razu, zostawiając mnie z małym dzieckiem na rękach. I wtedy nikt nie mówił o taksówce ani innych opcjach.
Moi rodzice zawsze starali się nie obciążać nas. Tata nawet po operacji serca nie chciał prosić o pomoc, a mama wstydziła się dzwonić, jeśli trzeba było po prostu kupić chleb lub lekarstwa.
Rozumieli, że żyjemy własnym życiem i nie chcieli być „ciężarem”. Ale czy wsparcie rodziców to naprawdę ciężar? Czy to nie dzięki nim jestem kobietą, z którą on kiedyś zakochany marzył o budowaniu przyszłości?
Jakby moi rodzice nie starzeli się, jakby nie zasługiwali na podstawową troskę. Czuję, że jestem rozdarta – mam wrażenie, że jestem rozdarta.
Nie chcę być żoną, która wiecznie wyrzuca i przypomina, ale jednocześnie nie mogę milczeć, gdy widzę taką niesprawiedliwość. Jesteśmy przecież równi, prawda?
Przecież tworzyliśmy rodzinę razem, a nie „on ze swoimi” i „ja ze swoimi”. Często myślę: co by było, gdyby moi rodzice naprawdę zaczęli domagać się takiej samej uwagi jak jego?
Czy starczyłoby mu cierpliwości? Czy znalazłby dla nich choć trochę czasu, tak jak znajduje dla swoich?
I wiecie, najbardziej bolesne jest nawet nie to, że nie pomaga moim rodzicom. Najbardziej bolesne jest to, że nie widzi w tym problemu.
Dla niego to norma. Nie rozumie, że to mnie poniża, że czuję się mniej ważna we własnej rodzinie.
Pewnego razu nie wytrzymałam i powiedziałam: „Co zawsze rzucasz wszystko dla swoich, ale kiedy moi potrzebują pomocy, szukasz wymówek.
A ja jestem twoją żoną. Ja też jestem czyjąś córką. I moi rodzice są tak samo ważni jak twoi”.
Spojrzał na mnie w milczeniu, jakbym powiedziała coś dziwnego, i odpowiedział: „Cóż, każdy ma swoje priorytety”. To była ostatnia kropla. Priorytety…
Czyż to nie rodzina miała być naszym wspólnym priorytetem? Czy nie powinniśmy być zespołem, w którym nie dzieli się rodziców na „twoich” i „moich”?
Kocham go, ale co zrobić z tym, że on nie chce kochać i szanować tych, którzy dali mi życie?
Bo rodzina to nie tylko on i ja. Rodzina to także ludzie, którzy byli przy nas, kiedy dopiero uczyliśmy się chodzić.
A jeśli on tego nie rozumie, to nie jestem już pewna, czy naprawdę jesteśmy jedną drużyną.