Mój mąż ciągle pomaga swoim rodzicom i nie konsultuje się ze mną. A ja chcę, tak jak wszyscy, odpoczywać i chodzić do restauracji

Mój mąż zawsze był dobrym synem. Takim, o jakim marzy każda teściowa. Troskliwym, uważnym, hojnym. Ale ostatnio jego „troskliwość” stała się ciężarem nie tylko dla niego, ale i dla mnie.

I jeśli wcześniej milczałam, powstrzymywałam się, to teraz już nie mogę. Boli mnie to. I to nie dlatego, że jestem złym człowiekiem. Ale dlatego, że ja też chcę żyć.

Kiedy zaczęliśmy mieszkać razem, wydawało mi się, że wszystko będzie wspólne. Radość, troski, plany, marzenia, decyzje. Ale im dalej, tym częściej zostawałam sama – we wszystkim, co dotyczyło jego rodziny.

Nigdy nie pytał, czy stać nas na kolejny przelew dla rodziców. Nie pytał, czy mi odpowiada, że w każdy weekend jedziemy do wsi.

Nie myślał, że mogę być tak samo zmęczona jak on i że ja też zasługuję na filiżankę kawy w przytulnej kawiarni, na kolację bez gotowania, na dzień bez trosk o wszystkich na świecie.

Screen youtube

„To moi rodzice” – mówił, kiedy odważyłam się coś powiedzieć. „Nie mogę ich zostawić bez pomocy”.

Ale ja nie proszę, żebyś ich zostawiał! Proszę, żebyś widział też mnie. Żebyś mnie słuchał. Żebyś pamiętał, że masz nie tylko mamę i tatę, ale także żonę, która każdego dnia stara się nie mniej niż oni.

Nie liczę pieniędzy, które im daję, liczę chwile, których nam brakuje. Wieczory, które spędzasz nie ze mną, tylko na telefonie z mamą. Weekendy, kiedy zamiast do parku lub kina, ładujemy drewno.

Lato, które znowu minie nie nad morzem, tylko w babcinym ogrodzie. Pewnego razu powiedziałam mu, że chcę wyjechać na wakacje.

Po prostu tydzień nad wodą, z książką, z nim obok, bez ogrodu, remontów i „trzeba pomóc”. Zamilkł. A kilka dni później powiedział, że lepiej pojechać pomóc ojcu z dachem, bo sam nie da rady.

Znowu zostałam w domu. Ze swoją chęcią odpoczynku, ze swoją ciszą, ze swoim zmęczeniem. Zmęczyło mnie bycie mądrą. Bycie cierpliwą. Bycie drugą po „trzeba”.

Najgorsze jest to uczucie, że nie ma mnie w jego priorytetach. Że moja opinia jest czymś, co można wysłuchać, ale nie brać pod uwagę.

Nie chcę rywalizować z jego rodziną. Ale chcę, żeby przynajmniej mnie traktowano na równi. Ja też jestem rodziną.

Nie proszę o złote góry. Nie chcę futer, biżuterii ani pięciogwiazdkowych hoteli. Chcę prostych rzeczy — obiadu we dwoje, wieczornych spacerów, biletów do kina, kiedy gra dobry film.

Chcę czuć, że nie jestem tylko gospodynią jego domu, funkcją, dodatkiem do życia — ale częścią jego serca. Kobietą, która zasługuje na uwagę.

Żyliśmy razem osiem lat. I nadal nie jestem pewna, czy choćby jeden rok z tych ośmiu był naprawdę o nas. Nie o jego mamie, nie o remoncie dachu, nie o gospodarstwie we wsi. O nas. O mnie. O naszym „my”.

Czasami myślę: może jestem egoistką? Może dobre kobiety powinny milczeć, rozumieć, wspierać, nie wymagać? Ale czy ja proszę o wiele? Czy prośba o szczęście jest przestępstwem?

Chcę, żeby mnie dostrzegano. Chcę, żeby mnie wybierano. Nie z obowiązku. Z miłości.

Kiedy zobaczyłam męża w samochodzie z jakąś kobietą, nie wahałam się i podeszłam do nich. Potem Maciej długo dzwonił do mnie

Wczoraj spotkałam sąsiadkę, która powiedziała mi, że od pół roku spotyka się z moim mężem: „Zapomnij o nim, on cię nie kocha, kocha mnie”

Mój syn zaprosił mnie na ślub, ale pod warunkiem, że przyniosę określoną sumę w kopercie: „Ale mam małą emeryturę, będę musiała pożyczyć”