Zaczęło się zupełnie niewinnie, nawet trochę zabawnie. Stałam przy kuchence, mieszałam sos, a w powietrzu unosił się zapach przypraw, które zawsze uważałam za swoje małe kulinarne zwycięstwa. Nie jestem szefową kuchni, wiem o tym.
Ale przez lata gotowałam dla rodziny, dla dzieci, dla męża. Nikt nigdy nie chodził głodny, nikt nie narzekał. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Usiedliśmy do kolacji jak zwykle, bez wielkiego święta. On jadł w milczeniu, przesuwał jedzenie po talerzu, wzdychał. W końcu odłożył widelec.
— Wiesz co… ja już naprawdę mam dość tych twoich kulinarnych arcydzieł — powiedział tonem zmęczonego człowieka.
— Może powinnaś nauczyć się gotować chociaż w połowie tak dobrze jak moja mama.
Zamarłam. Myślałam, że żartuje. Spojrzałam na niego, ale jego twarz była zupełnie poważna.
— Słucham? — zapytałam cicho.
— No bo szczerze… czy ciebie w ogóle ktoś uczył gotowania?
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż krzyk. Bo nie chodziło o jedzenie. Chodziło o porównanie. O to, że znów byłam gorsza.
Gorsza od jego mamy, której obiad zawsze jest idealny, której zupa nigdy nie jest za słona, a kotlet zawsze dokładnie taki, jaki on lubi.
Pamiętam, jak próbowałam się bronić.
— Przecież jesz to od lat. Nigdy nie narzekałeś.
— Bo nie chciałem cię urazić — odpowiedział spokojnie. — Ale u mamy to co innego. Tam to jest prawdziwe gotowanie.
Zrobiło mi się duszno. Jakby ktoś nagle odebrał mi prawo do bycia wystarczającą.
Przypomniałam sobie wszystkie poranki, kiedy wstawałam wcześniej, żeby przygotować śniadanie. Wszystkie obiady gotowane w pośpiechu
po pracy.
Wszystkie kolacje, gdy dzieci były małe, a on wracał późno i mówił tylko: „Co dziś jest?”. Nigdy: „Dziękuję”.
— To może jedź do mamy i tam jedz — wyrwało mi się w końcu.
— Nie przesadzaj — machnął ręką. — Ja tylko mówię, jak jest.
W jego głosie nie było złości. Była pewność. Jakby uważał, że ma pełne prawo mnie oceniać, poprawiać, porównywać. Jakby moje starania
były oczywiste i niewarte uznania.
Tego wieczoru długo siedziałam sama w kuchni. Garnki stały jeszcze na blacie, jedzenie wystygło. I po raz pierwszy pomyślałam, że to
nie o gotowanie chodzi.
Chodzi o to, że przez lata przyzwyczaiłam go do tego, że zawsze się staram. Że zawsze próbuję być lepsza. Że
konkuruję z jego mamą, choć nikt mnie nie zapytał, czy w ogóle chcę brać udział w tym konkursie.
Następnego dnia zadzwoniła teściowa.
— Syn mówił, że coś ostatnio nie smakuje mu w domu — powiedziała z troską. — Jak chcesz, mogę cię nauczyć kilku rzeczy.
Podziękowałam i rozłączyłam się szybko. Ręce mi się trzęsły. Nawet nie wiedziałam, kiedy on zdążył jej o tym powiedzieć. Jakby to był temat do omówienia. Jakby moje gotowanie było rodzinnym problemem.
Wieczorem spróbowałam jeszcze raz porozmawiać.
— Wiesz, zabolało mnie to, co powiedziałeś wczoraj — zaczęłam ostrożnie.
— Znowu dramatyzujesz — westchnął. — Inne kobiety jakoś potrafią. Moja mama potrafiła.
I wtedy coś we mnie pękło.
Zrozumiałam, że mogę nauczyć się stu nowych przepisów, oglądać milion programów kulinarnych, ale to niczego nie zmieni.
Bo problem nie leży w kuchni. Leży w tym, że on nie widzi we mnie partnerki, tylko kogoś, kogo można porównywać, poprawiać i krytykować.
Dziś gotuję rzadziej. Czasem zamawiam jedzenie. Czasem robię coś bardzo prostego. A kiedy zaczyna kręcić nosem, odpowiadam spokojnie:
— Jeśli ci nie smakuje, możesz ugotować sam albo pojechać do mamy.
Patrzy na mnie zdziwiony. Może pierwszy raz widzi, że nie zamierzam już udowadniać swojej wartości talerzem zupy.
Bo nauczyłam się jednego: miłość to nie konkurs kulinarny. A bycie żoną nie oznacza, że muszę całe życie próbować dorównać czyjejś mamie.
