Moja siostra i ja dorastałyśmy prawie jak bliźniaczki, mimo że dzieliła nas różnica trzech lat. Zawsze wiedziałam, że mogę na niej polegać, tak samo jak ona na mnie.
Miałyśmy wspólne dzieciństwo, wspomnienia, te same ulubione potrawy, piosenki, słowa, które rozumiałyśmy tylko we dwie.
Mogłyśmy godzinami rozmawiać o niczym i śmiać się do łez, a mogłyśmy po prostu milczeć i czuć, że obok jest bratnia dusza.
Kiedy wyszła za mąż, byłam szczęśliwa. Wydawało się, że będziemy jeszcze bliższe – ona założy rodzinę, ja zostanę ciocią, będę przyjeżdżać w weekendy, przynosić coś smacznego, pomagać z dziećmi, po prostu być blisko.
Bo przecież nie jesteśmy obce. Nigdy się nie narzucałam. Ale czasami, zwłaszcza gdy było mi ciężko, jechałam do niej – nie po radę, nawet nie po wsparcie, tylko po to, żeby po prostu być.
Po śmierci mamy było mi jeszcze trudniej. Świat nagle stał się pusty, a siostra pozostała jedyną nitką łączącą mnie z przeszłością.
Przychodziłam z ciastkami, czasem z dżemem, siadałam w kuchni i piłyśmy herbatę. To dodawało mi sił.
Jej dzieci już przyzwyczaiły się do mnie, przytulały mnie, opowiadały nowości. Kochałam ten dom – nie jako gość, ale jak swój własny.
Aż pewnego razu usłyszałam przypadkową frazę. Jej mąż myślał, że nie usłyszę, ale drzwi były uchylone: „Powiedz jej, żeby przestała tu przychodzić co tydzień.
Mamy własną rodzinę. Niech da nam trochę przestrzeni”. To było jak uderzenie w głowę. Zawsze był uprzejmy, ale chłodny. I teraz zrozumiałam – przez te wszystkie lata on mnie tolerował, a nie akceptował. Dla niego nie byłam bliską osobą jego żony, częścią jej życia, którą trzeba chronić, tylko kimś zbędnym.
Wyszłam w milczeniu. W domu długo siedziałam na łóżku, nie rozumiejąc, co się stało. Nie wymagałam niczego. Nie przychodziłam prosić o pieniądze, nie zajmowałam dużo czasu. Po prostu byłam.
Czasem z ciastem, czasem z słoikiem dżemu, czasem z niczym. Ale z dobrymi intencjami. Nie miałam męża ani dzieci. Moja rodzina to ona. Była. Chyba wyobrażałam sobie więcej, niż było w rzeczywistości.
Dzień później zadzwoniła siostra. Jej głos brzmiał winnie, łagodnie, ale stanowczo: „Nie obrażaj się, po prostu jesteśmy trochę zmęczeni.
Mamy swoje sprawy, dzieci, pracę… Może trochę rzadziej, dobrze?”. Odpowiedziałam: „Dobrze. Rozumiem”. I więcej nie pojechałam. Nie
musiałam powtarzać.
Nie obrażam się. Obraza to kiedy ktoś jest ci winny. A nikt mi nic nie jest winien. Po prostu boli, kiedy twoje „przecież nie jesteśmy obcy” rozbija się o obcą ścianę. I rozumiesz, że „swoi” to niekoniecznie ci, którzy mają twoją krew.
I że bliskość nie zawsze jest wzajemna. Teraz rzadziej widuję dzieci. Dorosły, rzadko do mnie zaglądają, ale czasami piszą wiadomości.
A ja stawiam dżem na półkę i myślę: czyżby dobroć czasami też wyglądała jak natarczywość? I co jest gorsze — być samą, czy być tam, gdzie cię nie czekają?