Mama nie chce, żeby na weselu byli obecni rodzice narzeczonego, bo nie pasują do naszego kręgu znajomych: „Kochanie, będą tam ważni goście, a twoi rodzice niech siedzą w wiosce”

Długo milczałam, bo nie wiedziałam, jak mu to powiedzieć. W głowie układałam dziesiątki scenariuszy, przepisywałam słowa, wyobrażałam sobie jego twarz.

I za każdym razem coś ściskało mnie w środku. Wstydziłam się. Ale nie za siebie.

To miał być idealny ślub — z białymi różami, winem na lodzie, skrzypcami w wieczornym powietrzu, z restauracją pod Krakowem, gdzie kieliszki dzwonią jak kryształ w bajce.

Wszystko planowała mama. Włożyła w to wydarzenie całą swoją duszę, nerwy i duże pieniądze. Każdy szczegół omawiała z szefem kuchni, projektantem, florystką.

Chciała, żeby wszystko było „na poziomie”, bo – jak to mówi – „nie możemy się zawstydzić”.

Screen youtube

Kiedy powiedziałam, że rodzice mojego ukochanego również chcą być obecni na weselu, zatrzymała się na środku pokoju i spojrzała na mnie tak, jakbym zaproponowała posadzić przy stole ludzi w roboczych butach.

— Kochanie — powiedziała spokojnie — będą tam bardzo ważni goście. Dyplomaci. Partnerzy taty. Ludzie o wyrafinowanym guście. Sama widziałaś, jacy oni są — prości, wiejscy. To nie ten format”.

Patrzyłam na nią, nie rozumiejąc, czy żartuje. Ale ona nie żartowała. Usiadła przy laptopie i znów zaczęła szukać serwetek w kolorze „kości słoniowej”, jakby nic się nie stało.

Rodzice mojego narzeczonego to zwykli ludzie. Wychowali dwóch synów, prowadzą gospodarstwo, każda ich zmarszczka pochodzi z pracy, a nie z zabiegów kosmetycznych. Nie noszą markowych ubrań. Przyjeżdżają do miasta w tenisówkach i kurtkach, które są dla nich wygodne.

Nie rozmawiają o giełdzie ani wystawach w Wiedniu. Ale w ich oczach jest więcej godności niż u wielu naszych tak zwanych „elitarnych znajomych”.

Chciałam krzyczeć. Ale milczałam. Bo od dzieciństwa przyzwyczaiłam się, że mama wie lepiej. Że trzeba odpowiadać statusowi. Że jeśli już robić wydarzenie, to idealne. Bez niedociągnięć. Bez „wieśniaków”. A teraz to wszystko boleśnie utkwiło mi w sercu.

Powiedziałam o tym ukochanemu delikatnie. Nie wprost. Próbowałam wyjaśnić, że może warto zaprosić rodziców dopiero drugiego dnia, osobno. Że mama się denerwuje. Że format… nie do końca pasuje.

Milczał długo. A potem spojrzał mi w oczy i powiedział:

— Jeśli moich rodziców nie ma wśród tych, którzy są dla ciebie ważni, to mnie też tam nie będzie.

Nigdy wcześniej nie widziałam go takiego. W jego spojrzeniu było tyle rozczarowania, że aż fizycznie mnie zabolało. Chciałam coś odpowiedzieć, wyjaśnić, usprawiedliwić mamę… ale co?

Co mogłam powiedzieć, skoro on, urodzony i wychowany w prostej rodzinie, okazał się bardziej szlachetny niż cała nasza bogata rodzina razem wzięta?

Odszedł. Nie trzasnął drzwiami. Nie obraził się demonstratywnie. Po prostu zniknął z mojego scenariusza ślubu. A wraz z nim całe moje „idealne” święto, które okazało się puste.

Mama nadal nie rozumie, co się stało. Uważa, że „przesadzam”, że mężczyźni są tacy „dumni”, ale „wszystko minie”.

Ale wydaje mi się, że po raz pierwszy w życiu naprawdę zrozumiałam: życie według cudzych standardów to utrata siebie. A utrata siebie jest straszniejsza niż utrata narzeczonego.

Jestem zawstydzona. I boli mnie. Zdradziłam nie tylko jego – zdradziłam siebie. Tylko dlatego, że dla kogoś ważne jest, jakiego koloru są serwetki i jakie buty ma mama narzeczonego.

Pomagam mamie, a ona oddaje wszystko bratu, jakby on potrzebował tego bardziej. A on nie ma nic przeciwko temu, że ona tak robi

Synowa nie chce, żeby wnuki widywały się z babcią, bo nie uważa jej za przykład do naśladowania, a syn milczy

Matka postanowiła pomóc swoim dzieciom i pozwoliła im zamieszkać u siebie. Zamiast podziękowań usłyszała: „Lepiej wyjedź na wieś, a my zostaniemy tutaj”