Mam 65 lat i mieszkam sama w dużym mieszkaniu. Cisza w nim jest taka, że czasem aż boli w uszach. Kiedyś wydawało mi się, że to luksus — przestrzeń, spokój, brak hałasu.
Teraz ta cisza ciąży mi najbardziej. Szczególnie teraz, kiedy zbliżał się Nowy Rok, a telefon milczał. Nikt nie zadzwonił. Nikt nie zapytał, co robię, czy mam plany. Dzieci nawet nie zaprosiły mnie do siebie.
Siedziałam przy oknie i patrzyłam, jak sąsiedzi noszą torby z zakupami, choinki, prezenty. Ktoś się śmiał na klatce schodowej, ktoś krzyczał do dzieci, żeby się ubrały. A ja siedziałam sama i po raz pierwszy pomyślałam: co ja właściwie zrobiłam nie tak?
Przez długie lata byłam przekonana, że wszystko robię dobrze. Zawsze mówiłam dzieciom, że muszą być samodzielne.
Że nie będą pępkiem świata. „Ja też mam swoje życie” — powtarzałam, kiedy były małe i ciągnęły mnie za rękaw. Praca była ważna. Moje plany były ważne.

Moi znajomi, wyjazdy, moje ambicje — zawsze na pierwszym miejscu.
Pamiętam, jak córka płakała, kiedy wyjeżdżałam na kolejny weekend. „Zostaniesz z tatą, poradzicie sobie” — mówiłam lekko, zapinając walizkę.
Syn kiedyś zapytał, czy przyjdę na jego szkolne przedstawienie. Odpowiedziałam bez zastanowienia: „Nie dam rady, mam ważne spotkanie”. Nawet nie spojrzałam na jego twarz.
Wtedy wydawało mi się, że wychowuję silnych ludzi. Że uczę ich, że świat nie kręci się wokół nich. Że matka nie musi się poświęcać.
Byłam z tego dumna. Koleżanki mówiły: „Ty to potrafisz zadbać o siebie”. Uśmiechałam się. Tak, potrafiłam.
Kiedy dzieci dorosły, wyprowadziły się szybko. Nie robiłam scen. „Ich życie” — mówiłam. Rzadko dzwoniłam. Czekałam, aż same się odezwą. A jeśli się nie odzywały, tłumaczyłam to sobie: są zajęte, mają swoje sprawy. Ja też miałam swoje.
Z czasem te telefony stawały się coraz rzadsze. Święta zaczęłam spędzać sama albo z kimś znajomym. „Dzieci mają swoje rodziny” — mówiłam każdemu, kto pytał. Brzmiało dojrzale, rozsądnie. Tylko że z roku na rok robiło się coraz ciszej.
W tym roku naprawdę liczyłam, że zadzwonią. Że powiedzą: „Mamo, przyjedź”, albo chociaż zapytają, co robię w Sylwestra.
Telefon leżał obok mnie cały dzień. Sprawdzałam go co chwilę, jakby mógł zadzwonić sam od patrzenia. Wieczorem już wiedziałam, że nikt nie zadzwoni.
I wtedy dotarło do mnie coś, czego wcześniej nie chciałam przyjąć. Oni nauczyli się żyć beze mnie, bo ja nauczyłam ich, że mnie nie ma.
Że zawsze jestem zajęta. Że moje sprawy są ważniejsze niż ich emocje. Że nie trzeba się ze mną liczyć.
Przypomniałam sobie wszystkie momenty, kiedy wybierałam siebie.
Kiedy mówiłam: „Innym razem”. Kiedy nie słuchałam, bo byłam zmęczona. Kiedy uważałam, że bliskość to coś, co dzieci „i tak dostaną”.
Teraz siedzę w tym dużym mieszkaniu i myślę, że przestrzeń nie zastąpi relacji. Niezależność nie ogrzeje w święta. Sukcesy nie zadzwonią, żeby zapytać, czy mam z kim spędzić Nowy Rok.
Nie wiem, czy jeszcze da się to naprawić. Nie wiem, czy dzieci będą chciały mnie w swoim życiu tak, jak ja kiedyś chciałam ich na własnych zasadach.
Wiem tylko jedno — największym błędem było przekonanie, że zawsze zdążę. Że bliskość poczeka. Że dzieci zrozumieją.
One zrozumiały. Po prostu nauczyły się żyć beze mnie.