Kiedy znalazłam list mojego męża, długo siedziałam na brzegu łóżka i patrzyłam w jeden punkt, jakby ściana miała mi odpowiedzieć na pytanie, którego jeszcze nie potrafiłam ubrać w słowa.
Szukałam w szafie starego swetra, tego, który zawsze zabierał na działkę, i wtedy wypadła koperta. Zwykła, beżowa, bez adresu.
Najpierw pomyślałam, że to rachunki albo jakieś stare dokumenty. Nawet nie przyszło mi do głowy, że w tej chwili moje życie cicho się rozpadnie.
Otworzyłam list i już po pierwszym zdaniu poczułam, jak robi mi się duszno. Pisał do niej. Nie do mnie. Nie do syna. Do kobiety, o której istnieniu nie miałam pojęcia, a która – jak się okazało – od dawna była częścią jego świata.
„Kochana, wiem, że długo czekałaś, ale wkrótce wszystko się ułoży. Mieszkanie będzie twoje, obiecałem i dotrzymam słowa” – czytałam powoli, jakby każde słowo było ciężarem, który muszę unieść osobno. Mieszkanie.

To samo, o którym tyle razy rozmawialiśmy z myślą o naszym synu. To samo, które miał dostać „na start”, kiedy już stanie na nogi.
Przypomniałam sobie wszystkie wieczory, kiedy mąż mówił spokojnie: „Nie martw się, wszystko jest zabezpieczone, syn nie zostanie z niczym”. A ja wierzyłam. Zawsze wierzyłam.
Teraz siedziałam z listem w dłoniach i czułam się jak intruz we własnym domu. Kiedy wrócił z pracy, nie potrafiłam udawać, że nic się nie stało.
Położyłam list na stole w kuchni, dokładnie między zlewem a lodówką. Spojrzał na kopertę i zamarł. „Co to jest?” – zapytałam cicho.
Westchnął ciężko, jakby to ja była problemem. „Nie powinnaś tego czytać” – odpowiedział. Te słowa zabolały mnie bardziej niż cała treść listu.
„Nie powinnam czytać?” – powtórzyłam. „To dotyczy naszego życia, naszego syna, naszego mieszkania”. Usiadł naprzeciwko mnie, potarł twarz dłońmi.
„To nie jest tak, jak myślisz” – zaczął, a ja już wiedziałam, że będzie dokładnie tak, jak myślę. „Jest kobieta” – przyznał w końcu.
„Ale to nic nie zmienia między nami”. Zaśmiałam się krótko, gorzko. „Nic nie zmienia? Chcesz oddać jej mieszkanie, które obiecałeś własnemu synowi, i mówisz, że nic się nie zmienia?”
Milczał. A to milczenie było głośniejsze niż jakiekolwiek wyznanie. „Ona mnie rozumie” – powiedział w końcu. „Z tobą od lat jest tylko rutyna”. Rutyna.
Tak nazwał wspólne lata, choroby, wychowanie dziecka, kredyty, strach i nadzieję. „A syn?” – zapytałam. „Też jest rutyną?” Wzruszył ramionami. „Poradzi sobie. Jest dorosły”.
Tej nocy nie spałam. Leżałam obok człowieka, którego myślałam, że znam, i uświadomiłam sobie, że obca kobieta zna jego plany lepiej niż ja.
Rano zadzwonił syn. „Mamo, wszystko w porządku?” – zapytał, jakby coś przeczuwał. Chciałam go chronić, ale słowa same się wyrwały.
„Tata chce oddać mieszkanie. Nie tobie”. Cisza po drugiej stronie telefonu była długa. „Komu?” – zapytał w końcu. „Innej kobiecie”.
Kiedy wieczorem znów usiedliśmy w kuchni, atmosfera była ciężka. „Nie możesz tak po prostu zdecydować” – powiedziałam spokojniej, niż się czułam. „To nie jest tylko twoje”.
Spojrzał na mnie zimno. „To ja je kupiłem”. Wtedy zrozumiałam, że w jego świecie ja już nie mam głosu. Ani jako żona, ani jako matka jego dziecka. Zostałam tylko świadkiem jego decyzji.
Dziś wiem jedno: list nie był tylko dowodem zdrady. Był końcem złudzeń. Zrozumiałam, że przez lata wierzyłam w obietnice, które istniały tylko w słowach.
A kiedy mąż powiedział: „Musisz to zaakceptować”, odpowiedziałam w myślach: nie muszę. Bo jeśli on już dawno wybrał inną kobietę, to ja muszę wreszcie wybrać siebie.
Nawet jeśli oznacza to, że zostanę sama. Czasem samotność boli mniej niż życie z kimś, kto oddaje twoje jutro komuś innemu.