Screen IStockphoto
Wierzyłam, że robię coś naprawdę ważnego. A potem mój mąż, bez mojej zgody, kupił swojej matce domek letniskowy.
„Mama bardziej tego potrzebuje, a syn jeszcze rośnie, jest jeszcze czas” — powiedział spokojnie, jakby właśnie tłumaczył, dlaczego w lodówce nie ma mleka.
Kiedy dziś wracam myślami do tamtych lat, widzę siebie przy kuchennym stole. Zawsze ten sam widok: zeszyt, długopis, kalkulator i koperta, w której trzymałam oszczędności. Każda złotówka miała znaczenie. Każda była krokiem w stronę przyszłości naszego syna.
— Na studia — mówiłam w myślach. — Na to, żeby nie musiał się wstydzić, że nie ma za co żyć w obcym mieście.
Mój mąż wiedział o tych pieniądzach. Wiedział dokładnie, ile mnie to kosztuje. Nieraz mówiłam:
— Może pojedziemy gdzieś latem?
— Może w przyszłym roku — odpowiadał. — Teraz ważniejsze są inne rzeczy.
Myślałam, że „inne rzeczy” to nasza rodzina.
Jego mama od początku naszego małżeństwa była obecna wszędzie. W rozmowach, decyzjach, planach.
— Mama mówi, że to niepotrzebne.
— Mama uważa, że przesadzasz.
— Mama by zrobiła inaczej.
Starałam się nie reagować. Mówiłam sobie, że każda matka chce dobrze dla swojego dziecka. Że to normalne. Że najważniejsze, że my
jesteśmy razem.
Pewnego wieczoru wrócił do domu wyjątkowo zadowolony. Gwizdał, zdejmując buty, a ja już wiedziałam, że coś się wydarzyło.
— Stało się coś? — zapytałam.
— Tak — uśmiechnął się szeroko. — Załatwiłem ważną sprawę.
Usiadł przy stole i nalał sobie herbaty, jakby chciał zbudować napięcie.
— Kupiłem mamie domek letniskowy. Taki mały, przy lesie. Zawsze marzyła.
Poczułam, jak serce mi przyspiesza.
— Kupiłeś… za co?
Spojrzał na mnie zdziwiony.
— Jak to za co? No… z tych pieniędzy.
— Z jakich pieniędzy? — mój głos drżał.
— No z oszczędności. Przecież leżały i tak bez sensu. Mama bardziej tego potrzebuje, a syn jeszcze rośnie, jest jeszcze czas.
Nie krzyczałam. Nawet nie płakałam. Siedziałam w ciszy, próbując zrozumieć, jak to możliwe, że ktoś jednym zdaniem potrafi
przekreślić lata wyrzeczeń.
— To były pieniądze na studia naszego syna — powiedziałam w końcu.
— Przesadzasz — machnął ręką. — Zawsze dramatyzujesz.
Tej nocy długo nie spałam. Leżałam obok niego i słuchałam jego spokojnego oddechu. Myślałam o synu, o jego marzeniach, o tym, jak
kiedyś zapyta:
— Mamo, a pomożecie mi z mieszkaniem?
I co mu wtedy powiem?
Kilka dni później pojechaliśmy do teściowej. Domek był mały, zadbany, z tarasem i huśtawką. Stała dumna przed wejściem.
— Widzisz — powiedziała, patrząc na mnie. — Syn o mnie dba.
— Ładny — odpowiedziałam cicho.
— Zawsze wiedziałam, że mogę na niego liczyć — dodała. — Nie każdy syn tak potrafi.
Spojrzałam na męża. Uśmiechał się jak chłopiec, który dostał pochwałę.
Wracając do domu, powiedziałam:
— Nie zapytałeś mnie o zdanie.
— Bo wiedziałem, że będziesz robić problem.
Od tamtej chwili coś we mnie pękło. Zaczęłam liczyć nie pieniądze, a rozczarowania. Każde „nie teraz”, każde „to nieważne”, każde „moja mama”.
Syn dorastał. Był mądry, ambitny. Uczył się dobrze.
— Chciałbym iść na studia do miasta — powiedział pewnego dnia. — Ale wiem, że to drogie…
Uśmiechnęłam się, choć w środku bolało.
— Zobaczymy, synku. Jakoś damy radę.
Nie powiedziałam mu, że „jakoś” oznacza kredyt, pożyczki i kolejne wyrzeczenia. Nie powiedziałam, że domek letniskowy stoi pusty
przez większość roku.
Kiedy mąż zaproponował, żeby pojechać tam na weekend, odpowiedziałam:
— Nie mam ochoty.
— Znowu zaczynasz? — zirytował się. — Przecież mama pozwala.
— To jej domek — odparłam. — Kupiony za pieniądze, które miały inny cel.
Pokłóciliśmy się. Głośno. Po raz pierwszy od lat powiedziałam wszystko, co leżało mi na sercu. On słuchał, ale miałam wrażenie, że bardziej myśli o tym, co powie swojej mamie, niż o mnie.
Dziś nasz syn studiuje. Nie było łatwo. Pomagają mu stypendia, dorywcza praca, czasem ja. Mąż mówi:
— Widzisz? Dało się.
A ja widzę coś innego. Widzę, jak łatwo było mu zdecydować o cudzych marzeniach. Widzę, że dla niego zawsze ktoś był „bardziej”.
Czasem zastanawiam się, co by było, gdyby wtedy powiedział:
— Porozmawiajmy. To nasze pieniądze.
Może nadal siedziałabym przy tym kuchennym stole z poczuciem, że jesteśmy drużyną. A tak… nauczyłam się jednego: pieniądze można odzyskać, ale zaufanie — nigdy w całości.
I kiedy dziś ktoś mówi, że „jest jeszcze czas”, ja wiem, że czas mija szybciej, niż domek letniskowy zdąży się zestarzeć.
Nigdy nie lubiłam rodzinnych spotkań u teściowej. Zawsze było to połączenie obowiązku, niezręczności i cichej…
Poprosiłem żonę tylko o jedno. Jedno, wydawałoby się, zupełnie zwyczajne zadanie. — Odbierz moją mamę…
O mieszkaniu po babci dowiedziałam się nagle. Bez zapowiedzi, bez wielkich słów. Zadzwonił notariusz, potem…
Odliczałam dni do porodu. Pierwsze dziecko. Pierwsza taka radość, ale też strach, którego nie da…
Moja mama zawsze wiedziała lepiej. Lepiej, co powinnam założyć. Lepiej, z kim się spotykać. Lepiej,…
Matka mojego męża uważała, że skoro zostałam jej synową, automatycznie stałam się jej pomocą domową.…